Jaka miłość, jakich nieprzyjaciół

W dzisiejszej perykopie z Ewangelii Łukasza słyszymy o przykazaniu miłości nieprzyjaciół. Wiele osób uważa, że miłowanie nieprzyjaciół to jeden z najbardziej charakterystycznych elementów przesłania Ewangelii i jedna z – przynajmniej z założenia – fundamentalnych cech wyróżniających chrześcijanina. Jest to zarazem coś, co choć trudne do realizacji, wydaje się być proste do zrozumienia. Niby wiemy, co to znaczy miłować nieprzyjaciół. A jednak są chyba dwa nieporozumienia, które utrudniają nam uchwycenie sedna sprawy, albo też służą nam za ucieczkę przed rzeczywistą miłością nieprzyjaciół. W zwrocie „miłość nieprzyjaciół” można źle zrozumieć każdy z dwóch elementów: „miłość” oraz „nieprzyjaciół”.

Miłość dla Jezusa i dla autorów Nowego Testamentu nie jest intensywnym stanem emocjonalnym. Miłość nie jest czymś, co się przeżywa w sobie, a ewentualnie w dalszej kolejności robi się coś z tym na zewnątrz. To raczej postawa, konkretne działania, aktywność, decyzyjność w kierunku dobra drugiego człowieka. Jezus zapytany o miłość bliźniego opowiada, jak pamiętamy, historyjkę o człowieku, który opatrzył rany pobitego wędrowca i zaprowadził go do gospody. Gdyby Jezus rozumiał miłość tak jak my dzisiaj, pewnie opowiedziałby, że ów miłosierny Samarytanin spojrzał na pobitego i pomyślał: „Ach, jakie to smutne, bardzo mu współczuję, kocham go, zresztą kocham wszystkich Żydów. No, ale my tu gadu-gadu, a trzeba iść dalej”. Miłość nie jest nastawieniem wewnętrznym względem jakichś widzianych czy nawet tylko „pomyślanych” ludzi, ale konkretną postawą wobec konkretnych, realnie napotkanych ludzi. Dzisiejsza perykopa nie pozostawia wątpliwości, że tak należy rozumieć również miłość nieprzyjaciół. Nie chodzi o to, by siedząc sobie w domu wzbudzić w sobie ciepłe uczucia do różnych osób, które nas nie lubią. Chodzi o, jak słyszymy, czynienie dobrze nas nienawidzącym, błogosławienie przeklinającym, modlenie się za prześladowców, nadstawianie policzka oraz oddawanie ubrań. Jezus rozpisuje „miłość” na konkrety. Miłość nieprzyjaciół to konkretna praktyka życia, a nie myślowa medytacja w rodzaju: „Och, nic do nikogo nie mam, kocham wszystkich ludzi, a jeśli żyją też jakieś inteligentne istoty na innych plantach, to je też kocham i chętnie bym je przytulił i wszystko im wybaczył”.

Nieprzyjaciel, podobnie jak „bliźni”, nie jest kategorią ogólną i abstrakcyjną. Jak konkretna jest miłość, tak konkretny jest też nieprzyjaciel. W świetle tego, jak przedstawia to Jezus, nieprzyjacielem nie ma być na przykład Hitler, który już dawno nie żyje. Miłość nieprzyjaciół to nie wzbudzanie w sobie ciepłych uczuć do wielkich zbrodniarzy albo różnych osób, które nam zawiniły, a żyły w dawanych czasach lub żyją na innym kontynencie i nigdy ich nie spotkamy. „Kochać każdego” to w zasadzie niemal synonim do „kochać nikogo”. Może i warto przepracowywać w sobie stosunek do jakichś grup, na przykład mających inne poglądy i zwalczających nasze. Ale to nie jest jeszcze miłość nieprzyjaciół, o którą tu w ścisłym sensie chodzi. Miłość to konkretne czyny i postawy, a te występują w spotkaniu z konkretnym człowiekiem. Kto więc w praktyce jest najczęściej naszym nieprzyjacielem? Osoby, z którymi stykamy się na co dzień, a nie ci, o których słyszymy w telewizji. Przekartkujmy Ewangelie i zobaczmy, czy Jezus gdzieś mówi, kto może być dla człowieka jego nieprzyjacielem. Aha, w Mt 10, 36, cytując proroka Micheasza, stwierdza, że „będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy”. Ludzie, z którymi żyjemy, najbardziej zachodzą nam za skórę. Ci, którzy nas otaczają, najbardziej nas ranią i to właśnie na nich najpierw ćwiczymy miłość nieprzyjaciół. I czasem trudniej jest realnie i czynnie kochać tych ludzi niż wzbudzić w sobie jakieś ciepłe uczucia wobec nielubianych polityków, których pewnie nigdy nie spotkamy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do paska narzędzi