Ślub nie jest sakramentem

W niniejszym tekście wyjaśnimy sobie raz na zawsze, na czym polegają dwa największe nieporozumienia w interpretacji małżeństwa w katolicyzmie. Po pierwsze, wskażemy na to, że małżeństwo jest sakramentem. Oficjalnie każdy o tym wie, jednak z naszych rozmów i podejścia do tych spraw wyłania się taki obraz, jakby to ślub był sakramentem. Tymczasem siódmy sakrament nazywa się „małżeństwo”, a nie „ślub”. Po drugie, wyjaśnimy sobie, że małżeństwo nie polega na byciu wiernym złożonej przysiędze. Pan Jezus zabronił swoim uczniom przysięgać, a perspektywa składania przysiąg i dochowywania im wierności nie ma nic wspólnego z Ewangelią. Na szczęście małżeństwo nie na tym polega, a przysięga małżeńska po prostu nie istnieje. Zapraszam do lektury.

Wiele jest rzeczy, które ciągle słyszymy i powtarzamy, a jednocześnie nie jesteśmy w stanie usłyszeć ich naprawdę. Nie dociera do nas to, co inni mówią i co mówimy my sami. Często jest tak na przykład z naszymi ulubionymi piosenkami. Dopiero po latach orientujemy się, co my właściwie bez przerwy podśpiewujemy, jakie tam właściwie są słowa i co oznaczają. Napawa nas to nawet niekiedy jakimś zażenowaniem. „Jolka, Jolka” to utwór niemal kultowy, ale z czasem doznajemy olśnienia: Co to właściwie znaczy „zdradzić kogoś z autobusem arabów”? Co wnosi fakt, że „plażą szły zakonnice”? Inny przykład to pojedyncze słowa, które nagle olśniewają nas swoją etymologią. Podoba nam się słowo „nicpoń”, aż tu nagle doznajemy szoku: Aha, a więc chodzi o „nic-tu-po-nim”. Inne staromodne słowo, „rzezimieszek”, określa drobnego przestępcę. I nagle się orientujemy: Aha, gość, który obcina („rzezi”) mieszki, czyli woreczki z pieniędzmi, które ludzie nosili przywiązane do pasa.

Podobnie jest ze stwierdzeniem: „małżeństwo jest sakramentem”. Powtarzamy je wszyscy, a tu nagle orient: Aha, a więc to małżeństwo jest sakramentem. Całe małżeństwo, mąż i żona, lata wspólnego życia. Ślub nie jest sakramentem, jest nim małżeństwo. Małżeństwo pierwszego dnia, drugiego dnia, po tygodniu, po pięciu latach i po czterech dekadach.

Oznacza to, że sakramentalność małżeństwa nie jest jego sakralizacją poprzez jakiś rytuał. To nie tak, że ludzie poszli wziąć ślub do kościoła i otrzymali jakieś super-moce. Małżeństwo i jego sakramentalność nie są bezpośrednio związane ze ślubem w kościele. Małżeństwo chrześcijan jest według Kościoła sakramentem, czyli samo w sobie, bez jakiegoś „upobożnienia”, jest znakiem miłości Boga do człowieka. Bóg objawia siebie, swoją miłość, właśnie w znaku małżeństwa. Ukazuje się w małżeństwie – takim, jakie jest, w całym trudzie i znoju, w trwałej miłości i oddaniu. Nie mamy dowodów, by od początku chrześcijaństwa wierzący zawierali śluby w kościołach. I nie ma to żadnego znaczenia. Sakramentalność małżeństwa polega po prostu na sakramentalności małżeństwa, a nie na ślubie kościelnym. Władze kościelne mogłyby z jakiegoś powodu postanowić, że nie będzie ślubów w kościołach. Chrześcijanie braliby wtedy śluby cywilne, ale to nie zmieniałoby dokładnie niczego, ponieważ to nie ślub kościelny jest sakramentem, ale małżeństwo chrześcijan. Państwo mogłoby z kolei zlikwidować prawną instytucję małżeństwa. Chrześcijanie wtedy wchodziliby w związki małżeńskie tak po prostu, bez żadnego prawnego obramowania. I to też nie zmieniłoby dokładnie niczego, ponieważ żadna prawna forma nie stanowi małżeństwa, a jedynie ujmuje je w jakieś ramy. Kwestia bycia małżeństwem nie jest istotowo związana z jakimkolwiek oficjalnym aktem.

Czym natomiast jest sakramentalność małżeństwa i co oznacza, skoro nie oznacza jakiegoś specjalnego obrzędu, religijnej otoczki, uroczystości ślubnej i tak dalej? Sakrament to widzialny znak łaski Boga. W małżeństwie dotyczy to w pierwszej kolejności samych małżonków. W dziejach świata całe rzesze ludzi wchodzą w jakieś związki małżeńskie, ale chrześcijanie wchodzą w nie z takim nastawieniem: W tej szczególnej relacji objawia mi się Bóg. Przeżywają swoje małżeństwo jako przestrzeń ukazywania się miłości Boga w ludzkiej miłości. Jest to dla nich z jednej strony źródłem radości i uwielbienia, gdy miłość kwitnie – bo wtedy odkrywają, że pod nią ukrywa się jeszcze większa, nieskończona miłość Boga. Z drugiej strony w chwilach trudnych jest to źródłem wierności – bo wpatrzeni w Boga wiernego w miłości małżonkowie sami też uczą się wierności.

Sakramentalność małżeństwa dotyczy też jednak wszystkich ludzi znajdujących się w jego otoczeniu. Mają oni prawo oczekiwać, że zobaczą w tym oto małżeństwie znak miłości Boga. Gdy widzą przede wszystkim dwie osoby nieustannie drące na siebie ryja, to mogą mieć z tym trudność. Sakramentalność małżeństwa to wielka odpowiedzialność i być może dlatego wygodniej nam myśleć w fałszywych kategoriach „ślubu kościelnego” jako rzekomego sakramentu. Jeśli małżeństwo jest sakramentem, to kiedy przeżywane jest źle, byle jak, niewiernie czy egoistycznie, to oznacza, że bezcześci się sakrament. Kto wchodzi w małżeństwo jako w sakrament, nie może poprzestawać na tym, żeby było w miarę zgodnie, sympatycznie i po ludzku satysfakcjonująco. Taka osoba odkrywa miłość, której trzeba być wiernym za wszelką cenę. Odkrywa trwałą, nieodwołalną miłość i nie może jej zanegować (dlatego jest jej wierna, a nie dlatego, że „przysięgała”). Małżonkowie sakramentalni mają ambicję, by swoją miłością pokazać światu miłość Boga. To nie są jakieś żarty, to nie jest też jakaś legalizacja związku („weźcie ślub, żeby uregulować, bla, bla, bla”).

Kto jest małżeństwem, a kto nim nie jest? Tak jak w przypadku życia społecznego w ogóle, tak w przypadku katolików, którzy przeżywają swoje małżeństwo jako sakrament tak samo, a może nawet bardziej, wskazane jest, by wskazać jasno jakiś początek małżeństwa. Nie można trochę być małżeństwem, a trochę nie. Sakrament jest albo go nie ma. Ludzie poznają się, budują relację i wszystko to jest płynne, ale nie może być płynnym sam początek małżeństwa. Dlatego w teologii dyskutowano żarliwie, kiedy właściwie małżeństwo się zaczyna. Dwie zasadnicze tezy, które ostatecznie starły się w tej debacie, stanowią następującą alternatywę: małżeństwo powstaje albo przez seks, albo przez obustronne wyrażenie decyzji o wejściu w małżeństwo.

Akt seksualny jest dla Kościoła dość istotnym elementem małżeństwa, a co więcej jest aktem, który przynależy wyłącznie do tej relacji. Rozumowano więc, że pierwszy akt seksualny pomiędzy dwojgiem osób mógłby stanowić cezurę czasową zaistnienia małżeństwa. Jest to jednak mocno śliskie, ponieważ w praktyce wiele osób współżyje bez żadnego zamiaru zbudowania małżeństwa. Takie młodzieńcze błędy nie mogą przecież stanowić jakiejś dziwnej klątwy: Oto twój prawdziwy mąż, skoro się z nim przespałaś. Jasne, powinno być tak, że seks zawsze to właśnie oznacza. Ale ludzie błądzą, przeżywają akty seksualne bez takiego kontekstu. Nie jest więc seks dobrym wyznacznikiem tego, kiedy zaczyna się małżeństwo.

Ostatecznie zwyciężyła w katolickiej teologii inna optyka, a mianowicie dostrzeżenie początku małżeństwa w akcie obustronnie wyrażonej decyzji. Musi to być decyzja obu stron. Nie wchodzi w małżeństwo z Ryanem Goslingiem ktoś, kto leżąc sobie sam na trawie szepce: „Biorę Ryana Goslinga za męża”. Nie ma małżeństwa, o którym jedna ze stron nie wie. Nie ma też małżeństwa, którego jedna lub obie strony nie chcą. Małżeństwo może więc zaistnieć, gdy dwie osoby, odkrywając swoją miłość i postanawiając żyć razem, wyrażają wobec siebie wzajemnie taką wolę. Takie osoby mogłyby, co do istoty sprawy, wyrazić taką zgodę na spacerze w parku. Ze względów jednak społecznych i prawnych Kościół wymaga, żeby taką zgodę wyrażano publicznie, w obliczu świadków. Wtedy nie tylko sami zainteresowani, ale także lokalny kościół, reprezentowany urzędowo przez prezbitera, wie, że zaistniało małżeństwo. Oczywiście wejście w małżeństwo w kościele, w czasie Eucharystii, ma też swoje znaczenie symboliczne, duchowe i tak dalej. Jednak trzeba pamiętać, że nie należy do to istoty rzeczy. Można wyobrazić sobie, że ludzie wchodzą w małżeństwo zupełnie prywatnie. Zresztą w sytuacji, gdzie innego wyjścia nie ma, prawo kościelne do dziś dopuszcza taką możliwość.

Tak zwany ślub kościelny jest zatem po prostu wyrażeniem obustronnej zgody (łac. consensus). Ta zgoda sprawia – jeśli jest świadoma i autentyczna – że powstaje małżeństwo (matrimonium facit consensus). Niestety w naszej legalistycznej interpretacji postrzegamy małżeński consensus jako przysięgę, co jest sprzeczne z jasnym zakazem Chrystusa odnośnie przysięgania. Liturgiczne księgi w języku łacińskim mówią, by narzeczeni powtarzali słowa zgody, jednak polska księga tłumaczy consensus jako przysięgę. To nie jest tylko spór o słowa. Nie jest to także kwestia literalnego posłuszeństwa ewangelicznemu zakazowi przysiąg. Po prostu za przysięgą kryje się zupełnie inna mentalność, która nie ma nic wspólnego z Ewangelią i z chrześcijańskim rozumieniem małżeństwa. Interpretując wejście w małżeństwo jako złożenie przysięgi, popełniamy fatalny błąd. Wierność i nierozerwalność małżeństwa nie oznacza już wtedy wierności wobec miłości samego Boga, która objawia się w ludzkiej miłości kobiety i mężczyzny. Nie chodzi już wówczas o to, że tej autentycznej, odkrytej miłości nie wolno w sercu nigdy odrzucić. Zamiast tego rozumie się wierność i nierozerwalność jako wierność danemu słowu! Muszę zostać, bo przysięgałem. Dałem słowo harcerza. Co ta pogańska etyka ma wspólnego z miłością i z Panem Jezusem? Nie wiem, ale chyba katolicka młodzież się tym jara, bo kolejne okrążenia po sieci robi mem z aktorem, mówiącym coś w stylu: „Jako prawdziwy mężczyzna muszę być wierny danemu słowu, dlatego nigdy nie zobaczysz mnie z kochanką”, czy coś takiego. Nie jest to dobry punkt widzenia. Dopóki ludzie się naprawdę kochają, jest to po prostu zła interpretacja, może w ich przypadku nieszkodliwa. Jeśli jednak ktoś w ogóle nie odkrywa, żeby coś szczególnego łączyło go z drugą osobą, ale mówi sobie: „Ok, złożymy przysięgę i będziemy jej wierni”, to mamy do czynienia z katastrofą. Osobiście wyznam, że gdyby ktokolwiek w ramach jakiejkolwiek relacji powiedział mi: „Nie chcę w ogóle być przy tobie, ale złożyłem uroczystą przysięgę, więc muszę”, to odpowiedziałbym mu: „Stary, weź idź sobie”.

Małżeństwo jest kwestią miłości, a nie jakiejś przysięgi. Sakramentalność małżeństwa obejmuje całożyciową relację miłości kobiety i mężczyzny. To miłość czyni małżeństwo trwałym i nierozerwalnym, to miłości trzeba być wiernym, a nie przysiędze. Tym bardziej, że Jezus zabronił przysięgać, a przysięga małżeńska nie istnieje. Decyzja o wejściu w małżeństwo jest przełomowa i konieczna, ale nie są tak kluczowe jej okoliczności. Optyka „ślubu kościelnego” i „wierności danemu słowu” odsuwają nas do rzeczywistego sensu małżeństwa i jego sakramentalności. A świat nie potrzebuje zmuszania wszystkich dookoła do „ślubu kościelnego”, ale świadectwa trwałej miłości małżeńskiej, która ukazuje pełną przebaczenia, nigdy nie zniechęcającą się miłość Boga do nas.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do paska narzędzi