Hipisi i królowie – Ewangelia z 19.06 (Mt 6, 24–34)

W dzisiejszej perykopie słyszymy dalszy ciąg Jezusowego nauczania na temat podejścia do dóbr materialnych. Wszelkie interpretowanie tego i podobnych tekstów jest właściwie zbędne. Kto stara się te treści jakoś „wyjaśnić”, ten najczęściej chce je po prostu rozwodnić. Dzisiejszy fragment dostarcza najlepszego z możliwych przykładów tego zjawiska.

W starszych wersjach Biblii Tysiąclecia, a więc tego przekładu Pisma, z którym większość z nas jest w naturalny sposób najbardziej osłuchana, pojawiało się słówko „zbytnio”, którego na szczęście nie słyszymy już w najnowszym lekcjonarzu. Jezus miał więc mówić: „Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie”, a następnie o pokarm, odzienie i tak dalej. Problem w tym, że w oryginalnym tekście niczego takiego nie ma. „Zbytnio” to słowo asekuracyjnie dopisane przez Walentego Prokulskiego SJ, tłumacza synoptyków z ekipy Biblii Tysiąclecia. Być może uważał, że trzeba złagodzić radykalne nauczanie Jezusa, który ewidentnie po prostu zachęcał do tego, by wcale nie troszczyć się o sprawy materialne.

Choć obecność słowa „zbytnio” była czymś na pograniczu nieporozumienia czy nadużycia translatorskiego, bardzo duża część (większość?) homilii czy katechez, które głosiło się przez lata na temat tego fragmentu Ewangelii, uwieszała się właśnie na tym słowie. Mówię to zarówno z własnego doświadczenia, jak i na podstawie opowieści innych osób. Kaznodzieje, rekolekcjoniści, katecheci czy katoliccy autorzy lubili podkreślać, że Jezus zachęcał do jakiegoś zdrowego umiaru, bo przecież nie powiedział, żeby się wcale nie troszczyć, lecz by nie troszczyć się „zbytnio”. Tym samym Jezus nie nauczałby niczego radykalnego, bo pod tym, że nie powinno się troszczyć zbytnio o sprawy materialne, podpisze się większość osób. W każdym razie tak właśnie Ewangelię pacyfikowano, a nasze sumienia uspokajano. Ale w wyniku pojawienia się nowego wydania BT, z którego teksty weszły także do lekcjonarza, sprawa się rypła, jak to mówią. Nie mamy już słowa „zbytnio” i słyszymy odnośny fragment kazania na górze taki, jakim jest. Gdy pierwszy raz po tej zmianie usłyszałem tę perykopę w liturgii, byłem ciekaw, co wydarzy się na kazaniu. Sędziwy zakonnik mnie nie zawiódł. Nie mógł już chwytać się słowa „zbytnio”, które nie padło w Ewangelii, jednak wymyślił coś innego. Podkreślił, że Jezus mówi, by się nie martwić, ale to nie znaczy, że nie mamy się w ogóle troszczyć. Martwienie się to takie totalne zamartwianie, ale czym innym jest zdrowe troszczenie się – wyjaśniał. Zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie.

Po tym wstępie chciałbym rzucić dwie myśli do dzisiejszego tekstu z Mateusza, pochodzące od bardzo ciekawych ludzi. Interpretowanie kazania na górze to właściwie niechybnie jego zdrada. Ale to nie znaczy, że nie można mówić niczego. Można, nie babrając się w samej treści i nie rozwadniając jej, spoglądać na nią z różnych perspektyw. Dwa ciekawe punkty widzenia odnośnie kazania na górze jako takiego, a dzisiejszego tekstu w szczególności, przedstawili Jordan Peterson i Gerd Theissen. Pierwszy to znany psycholog kliniczny, wykładowca akademicki, autor książek, mówca i youtuber. Jego książki sprzedają się w rekordowej liczbie egzemplarzy, a na wykłady – przy wysokopłatnym wstępie – przychodzą tysiące ludzi z całego świata. Theissen to z kolei zasłużony badacz Nowego Testamentu i zagadnień związanych z Jezusem historycznym i początkami chrześcijaństwa.

Jordan Peterson, choć nie jest związany z żadnym wyznaniem czy wspólnotą chrześcijańską, nie ukrywa swojej fascynacji chrześcijaństwem i często się do niego odwołuje. Jego wykłady o Biblii, w których opowiada o niej z perspektywy psychologicznej, należą do najbardziej popularnych jego wystąpień. Peterson często odwołuje się też w innych miejscach do chrześcijańskich symboli i treści. W jednym z wykładów odniósł się do kazania na górze, a konkretnie właśnie do czytanego dziś przez nas w liturgii tekstu. Nie dziwi, że Peterson, kojarzony raczej z szeroko rozumianą prawicowością, postanowił zestawić nauczanie Jezusa z postawą ruchu hippisowskiego. Rzeczywiście, niewątpliwie istnieje silne podobieństwo pomiędzy ruchem Jezusa a ruchem hippisowskim, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Gdy Jezus mówi, by nie troszczyć się o dobra doczesne, mówi poniekąd to samo, co liderzy dzieci-kwiatów. Pierwotne, najpierwotniejsze chrześcijaństwo, czyli tak zwany ruch Jezusa, to przecież banda włóczęgów, tak jak hipisi. Peterson ostrzega jednak przed przeoczeniem zasadniczej różnicy pomiędzy tymi dwoma ruchami i dwiema postawami. Na czym ta różnica polega?

Chciałoby się krótko powiedzieć, że chodzi o wiarę w Boga. Chrześcijanin ma się nie troszczyć o sprawy materialne, ponieważ wierzy w Boga, który się o niego troszczy. Hipis natomiast proponuje po prostu nieumotywowany niczym luz, który tym samym jest lekkomyślnością. Ale to rozróżnienie samo w sobie nie jest wcale do końca satysfakcjonujące. Hipisi też mogli odwoływać się do jakiegoś Boga i czasem to robili. Z kolei chrześcijanina sama deklarowana wiara w opatrzność Bożą nie chroni przed lekkomyślnością i próżniactwem – a chyba jednak nie do końca o to chodzi. Peterson stwierdza tymczasem, że różnicę pomiędzy obiema postawami trzeba postawić trochę inaczej. Szeroko pojęta mentalność hippisowska mogłaby zostać streszczona tak: Niczym się nie przejmuj, wszystko samo się ułoży, o nic się nie staraj, wyluzuj totalnie. Natomiast postawa Ewangeliczna streszczałaby się następująco: Zajmij się tym, co najważniejsze. Skup się na sprawach najwyższej wagi, a sprawy doczesne rozwiążą się jakoś przy okazji. Dlatego dla Petersona najważniejszym zdaniem dzisiejszej perykopy jest to: „Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane”. Jezus faktycznie mówi, by nie troszczyć się w ogóle o sprawy doczesne. Ale nie mówi, by nie troszczyć się o nic! Przeciwnie, pokazuje, do czego przykładać wagę i na czym się skupić. Koncentracja na królestwie Bożym oznacza wybranie największego celu, jaki tylko człowiek może obrać i dążenie do niego ze wszystkich sił, bez oglądania się na codzienne troski. Hipisi proponują, by olać wszystko, a Ewangelia mówi, by skupić się na najważniejszym, olewając wszystko inne. To nie do końca to samo.

Gerd Theissen, którego dwie zjawiskowe książki są dostępne w języku polskim (naukowo-syntetyczne „Czasy Jezusa” oraz literacki „Cień Galilejczyka”), zwraca uwagę na inny, bardzo ciekawy aspekt tego tekstu, a zarazem całego kazania na górze. Często mianowicie nauczanie Jezusa rozumie się tak, jakby zachęcało ono do obrania sobie za cel życia możliwie najgorszego i najnędzniejszego. Kazanie na górze traktuje się jako jakiś duchowy masochizm, samobiczowanie i ograniczanie swoich życiowych aspiracji. Theissen proponuje coś bardzo przewrotnego i mówi: Spójrzmy na nauczanie Jezusa dokładnie odwrotnie. Chrystus nadaje zwykłym, prostym ludziom, godność największych postaci na ziemi. Jezus chce, by wszyscy żyli jak najwięksi królowie tego świata. Co prawda wielu z nas ma się po ludzku nie najlepiej, a bezpośredni słuchacze Jezusa pochodzili najczęściej z niższych warstw społecznych, ale właśnie w tym leży cały bajer Ewangelii, że mówi ona wszystkim: Jesteś kimś wyjątkowym i wielkim, żyj więc adekwatnie do swojej sytuacji. Dobra Nowina polega na tym, że zwykłym ludziom ogłasza się, iż są równi największym dostojnikom tego świata, ponieważ są ukochanymi dziećmi Boga. Co więc proponuje ludziom Jezus w kazaniu na górze? To, by nawet w trudnych sytuacjach byli szczęśliwi, bo to do nich należy królestwo (błogosławieństwa). Tak właśnie żyją najwięksi dostojnicy świata – nawet gdy chwilowo płaczą, to wiedzą, że zostaną pocieszeni. Nie trzeba już się mścić, lecz można okazywać sobie nawzajem wielkoduszność i przebaczenie, tak jak robią to najwięksi królowie, łącznie z ułaskawiającym gladiatorów cezarem. Nie trzeba już przysięgać, bo najwięksi na tym świecie nie są zobowiązani do przysiąg i posłuszeństwa komukolwiek. Możesz sobie pozwolić nawet na miłość nieprzyjaciół. Mali ludzie muszą dochodzić swego, walczyć o swoje dobra i swoje imię. Ale tobie, dziedzicowi królestwa Bożego, kto może zagrozić? Możesz okazać swoim wrogom wspaniałomyślność, tak jak najwięksi królowie tej ziemi! I wreszcie: Kto może w ogóle nie troszczyć się o dobra materialne, o jedzenie i ubiór? Oczywiście wielcy królowie i dostojnicy. Ale to nimi właśnie jesteśmy my w oczach samego Boga! Możemy więc porzucić wszelką troskę o doczesne dobra, tak jak nie troszczy się o nie cezar, Herod czy Bill Gates.

W kazaniu na górze Jezus nadaje więc nam wszystkim królewską godność. Jeśli byłbyś synem kogoś potężnego, na przykład wspomnianego Billa Gatesa, czy martwiłbyś się o to, czy jutro będziesz miał co zjeść? No właśnie. Jeśli wierzyć Jezusowi, jesteśmy dziećmi samego Boga, a więc tym bardziej doczesne troski są nie na miejscu. Możemy cieszyć się swoją godnością mimo obecnego w naszym życiu smutku i biedy. Możemy przebaczać jak wielcy panowie, okazywać miłość nawet przeciwnikom, jak dostojnicy i możnowładcy. Nie musimy troszczyć się o jutro, bo to jest dobre dla plebsu, a my jesteśmy dziećmi Króla.

Być może uwagi Petersona i Theissena pozwolą komuś z jakąś świeżością spojrzeć na dzisiejszy fragment Ewangelii. Można te uwagi połączyć w jedno stwierdzenie: Mamy żyć nie tyle jak hipisi, co jak królowie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do paska narzędzi