Jezus i tabu menstruacji

Ewangeliczne historie o spotkaniach Jezusa z ludźmi, o Jego słowach i czynach, najczęściej stanowią pewne wyizolowane jednostki literackie. Jest oczywiście w Ewangeliach jakaś ciągłość, jednak każdy pojedynczy epizod, na przykład opowieść o jakimś cudzie, da się z łatwością wykroić i spojrzeć nań jako na samodzielną całość. Między innymi to pozwala na sensowny podział tekstów ewangelicznych do czytania w ciągu roku liturgicznego. Jest jednak jeden wyjątek w tradycji synoptycznej i mamy z nim do czynienia właśnie w dzisiejszej Ewangelii. Chodzi o opowiadanie o córce Jaira, które połączone jest w jedno z opowiadaniem o uzdrowieniu kobiety w tłumie. A więc najpierw Jezus zostaje, jak pamiętamy, poproszony o ocalenie córki zwierzchnika synagogi (według Marka ma ją uzdrowić, ale według Mateusza ona już w punkcie wyjścia nie żyje), potem po drodze uzdrawia jakąś kobietę, by wreszcie dotrzeć do domu, w którym czeka teraz już zmarła dziewczynka.

Od wieków kwestia tego połączenia dwóch epizodów nurtuje badaczy Pisma, teologów, kaznodziejów i w ogóle wierzących chrześcijan. Czemu najdawniejsza tradycja opowieści o Jezusie, której daje świadectwo Marek (a Mateusz i Łukasz idą za nim), łączy te dwa cuda, co stanowi pewien ewenement? Nie brakuje interpretacji bardzo duchowych, na przykład mówiących, że dziewczynka i kobieta w tłumie to ta sama osoba – Jezus przywrócił jej dziecięcą radość życia. Dawna dziewczynka umarła w zmęczonej życiem kobiecie, ale Pan ja wskrzesił. Inni mówią, że córka Jaira jest też córką tej kobiety z tłumu. W końcu Marek zauważa, że dziewczynka ma dwanaście lat, a kobieta cierpi od tylu właśnie lat na krwotok. Może chodzi o powikłania poporodowe, ciągnące się aż tak długo? Ale może liczba dwanaście to nie tyle jakaś konkretna wskazówka, co po prostu kolejne potwierdzenie, że te historie się jakoś łączą i są o tym samym?

Dlaczego Ewangeliści nie mówią wprost, o co właściwie chodzi? Dlaczego robią jakieś karkołomne wybiegi w rodzaju łączenia dwóch historii w jedno? Być może chodzi o jakąś kwestię szczególnie delikatną, o której nie wypadało tak bardzo dokładnie pisać. Gdy zrozumiemy, że Ewangelie są zakorzenione w judaizmie I wieku, to sprawa wydaje się jasna. Chodzi o tabu menstruacji i o to, jak Jezus przełamuje to tabu.

Menstruacja i w ogóle wszystko, co wiąże się z kobiecą płodnością, seksualnością i cielesnością, od zarania dziejów stanowiło dla ludzi z jednej strony jakąś tajemniczą świętość i było obiektem czci, a z drugiej strony paradoksalnie oznaczało słabość i stanowiło pożywkę dla dominacji mężczyzn nad kobietami. W żydowskiej Torze kwestia menstruacji stała się przedmiotem nader dokładnych regulacji prawnych. Według Księgi Kapłańskiej miesiączkująca kobieta jest nieczysta przez tydzień. Nikt nie może jej dotykać, a ona sama zanieczyszcza wszystko, czego dotknie. Ktokolwiek dotknie czegoś, czego dotknęła ta kobieta, także staje się nieczysty. Jeśli kobieta doświadczała jakiegoś chorobowego, stałego krwawienia, była nieczysta właściwie przez cały czas.

Regulacje Tory mają swoje uzasadnienie, gdy spojrzymy na nie w odpowiednim kontekście. Nieczystość jest pojęciem szerokim, zaczynającym się od sensu zupełnie dosłownego, higienicznego. Przepisy żydowskiego prawa chroniły, w czasach braku bieżącej wody i środków czystości, członków ludu Izraela przed rozprzestrzenianiem się ewentualnych chorób. Warto pamiętać, że nieczystym stawał się także mężczyzna mający wycieki czy wytrysk nasienia. W przypadku menstruacji sprawa była jednak o tyle mocniejsza, że dochodziło do niej tabu krwi, fundamentalne dla Tory.

Na obostrzenia prawne związane z menstruacją nakładał się jednak w judaizmie niewątpliwie duch patriarchalizmu. Regularne traktowanie kobiet jako nieczystych niechybnie musiało zapewne niekiedy sprzyjać tendencjom do traktowania ich jako rzekomo niższych, mniej wartościowych istot. Z jednej strony kobiety są nieczyste przez swoją biologię, z drugiej prowokują rzekomo nieczystość seksualną – to im przypisuje się najczęściej winę za wszelkie cudzołóstwo, to w nich widzi się źródło wszelkiej rozpusty. Kobiety to zawsze ostatecznie głównie ciało – czy to ciało brudne, słabe i plugawe, czy ciało pożądane.

Jak w całym tym układzie miała się czuć dziewczyna, która pierwszy raz doznawała miesiączki? Nie było ani przekazu biologicznej wiedzy, ani odpowiednich środków czystości. Nie było świadomości, co tak naprawdę dzieje się z jej organizmem, nie było też podpasek ani tamponów. Nie było wreszcie bieżącej wody oraz środków przeciwbólowych. Dziewczyna czuła się fatalnie, nie wiedziała, co się z nią dzieje, a na domiar złego dostawała komunikat: Jesteś nieczysta. Nie wolno ci nikogo dotykać. Nie zbliżaj się do nikogo i najlepiej niczego nie dotykaj. Jak miała się czuć taka dziewczyna, mająca, dajmy na to, dwanaście lat? Mogła się czuć tak beznadziejnie, jakby miała umrzeć. Przynajmniej dopóki nie przyszedł ktoś, kto złapał ją za rękę i powiedział jej: Wstań, dziewczynko. To jeszcze nie śmierć.

W przypadku kobiety w tłumie jest natomiast wprost powiedziane, że cierpiała na upływ krwi. Chodzi więc o jakieś krwawienie już niezdrowe, które czyniło tę kobietę stale „nieczystą”. Obie historie są ze sobą połączone być może właśnie dlatego, by w przypadku dwunastoletniej dziewczynki delikatnie zasugerować to, co wprost mówi się tylko w przypadku kobiety z tłumu – że chodzi o kwestie menstruacyjne. W obu przypadkach uzdrowienie przynosi dotyk Jezusa, a więc przełamanie tabu i norm prawnych związanych z menstruacją.

Przełamanie tabu menstruacji jest w Ewangelii także po prostu przełamaniem tabu kobiecości i kobiecej cielesności. Jezus nie boi się dotyku kobiet i nie uważa, że wszelkie dotknięcie kobiety musi być nieczyste w sensie rytualnym lub nieczyste w sensie seksualnym. Kobiety to dla Jezusa po prostu ludzie, którym okazuje się bliskość, czułość i zrozumienie. Dla Jezusa kobieta to nie tylko ciało, dlatego może On bez obaw i sztuczności, bez nieczystości i strachu normalnie dotykać kobiet.

Niestety rewolucja, jaką także pod tym względem była Ewangelia na tle starożytnego Bliskiego Wschodu, została potem wyhamowana, jak w wielu innych przypadkach. Ojcowie Kościoła, skądinąd czcigodni i mądrzy ludzie, pisali swoje mizoginistyczne brednie, widząc w każdej kobiecie potencjalną kusicielkę i siedlisko wszelkiego brudu. A i do dziś, po tylu wiekach promieniowania Dobrej Nowiny, wciąż pełno jest wśród mężczyzn postrzegania kobiet wyłącznie z perspektywy ich cielesności (ładna czy brzydka, gruba czy chuda, całowałbym się z nią czy nie), co ostatecznie prowadzi niekiedy do uprzedmiotowienia osoby. Nie mówiąc już nawet o samej menstruacji i traktowaniu jej jako kolejnego narzędzia do dowalania kobietom: „Hehe, pewnie masz te trudne dni, bo jesteś taka nerwowa, hehehe”.

A może kobieta to nie tylko ciało, nie tylko seksualność i nie tylko płodność? Może kobieta to po prostu człowiek? Oczywiste, a jednak wciąż wychodzi na jaw, że wcale nie oczywiste. Wciąż można usłyszeć w tłumie, jak o kobiecie mówi się jak o jakimś obiekcie. „Skoro jednak usunięto tłum, wszedł i ujął ją za rękę, a dziewczynka wstała”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do paska narzędzi