Seminaria duchowne? Może lepiej nie

Przełom maja i czerwca to czas święceń diakonatu i prezbiteratu. Tym samym to także czas refleksji nad przyszłością formacji do służby kapłańskiej. Tu i ówdzie zwraca się uwagę na to, że coraz mniej kandydatów zgłasza się do seminariów, co stawia pod znakiem zapytania istnienie odrębnych placówek tego rodzaju w każdej diecezji. Placówek, dodajmy, z gigantyczną kadrą i często potężną infrastrukturą, w której gęstość zaludnienia spada z roku na rok. Nie dziwią głosy mówiące, by seminaria łączyć. Warto może jednak przy tej okazji zastanowić się, czy nie lepiej byłoby w ogóle zlikwidować seminaria duchowne.

Choć istnienie seminariów w ich obecnym kształcie wydaje się być oczywiste, to przecież placówki te są stosunkowo nowym wynalazkiem. Choć jakieś formy wspólnego, quasi-zakonnego zamieszkiwania ze sobą kandydatów do święceń sięgają czasów Augustyna, w powszechnej skali seminaria zafunkcjonowały dopiero po Soborze Trydenckim. Odegrały wówczas rolę niezwykle doniosłą, bo odbudowały strukturę duchowieństwa po okresie duchowej, moralnej i intelektualnej zapaści. Wszystko to oczywiście w duchu zwierania szeregów i konsolidacji sił w walce z reformacją. Rola seminariów duchownych w okresie kontrreformacyjnym jest nie do przecenienia, ale minęło już dobre kilkaset lat i możemy spytać, czy nadal taki właśnie styl formacji jest odpowiedni do naszych czasów. Poniżej postaram się przedstawić kilka najważniejszych argumentów przemawiających za likwidacją seminariów duchownych.

Po pierwsze, seminarium nie przypomina życia prezbitera. Podobnego uczymy się przez podobne, a wchodzenie w jakąś rzeczywistość polega na stopniowym wdrażaniu się w nią. Jak na przykład wygląda przygotowanie do małżeństwa? Jest nim narzeczeństwo, czyli czas i relacja, w której nie ma jeszcze spraw typowo małżeńskich (współżycia, wspólnego zamieszkania, dzieci), ale która już jakoś małżeństwo przypomina. Małżeństwo to życie z drugą osobą, a narzeczeństwo to wdrażanie się to poprzez spędzanie z tą osobą dużej ilości czasu. Narzeczeni zbliżają się do siebie pod każdym względem i coraz bardziej przypominają małżeństwo, aż wreszcie staną się nim. Można podawać też inne przykłady, bardziej prozaiczne. Jak ćwiczy się do maratonu? Biegając coraz dłuższe dystanse. Dycha to jeszcze nie maraton, ale biegając dziesięć kilometrów raz w tygodniu powoli przygotowuję się do udziału w biegu czterdziestokilometrowym. Seminarium duchowne jest pod tym względem czymś bardzo dziwnym. Prezbiterzy żyją po prostu w świecie, prowadzą wspólnoty, spotykają się z ludźmi, rozmawiają z nimi, nauczają ich. Życie w seminarium natomiast jest programową, kilkuletnią izolacją od ludzi i zamknięciem kleryków we własnym sosie. Jasne, wychodzą oni, spotykają się z kimś, ale jednak ostatecznie wracają do seminarium, w którym życie nie przypomina życia księdza. Jest to życie skopiowane raczej z życia zakonnego, ale diecezjalny ksiądz to nie mnich. Alumni mają się uczyć bycia pośród ludzi i ich problemów, a dobrym miejscem do takiej nauki nie są odizolowane koszary.

Po drugie, seminarium buduje i umacnia klerykalizm. Dziś, gdy widzimy jak na dłoni, że klerykalizm, wyróżnienie jakiejś odrębnej kasty duchownych, która jest odseparowana od innych chrześcijan, jest wielkim złem, musimy mieć odwagę zobaczyć, że w tym zjawisku swoją rolę odgrywa także seminarium. To ono oddziela już przed święceniami przyszłych księży od innych ludzi. To ono sprawia, że więcej czasu spędzają oni między sobą niż pośród ludu Bożego. To ono separuje ich od ludzkich spraw i problemów, sprawiając, że coraz trudniej im zrozumieć codzienny trud ich rówieśników. Jak mogliśmy uważać, że to jest dobry pomysł? Jak mogliśmy stwierdzić, że to wspaniałe, że księża powinni się przyjaźnić przede wszystkim między sobą? Zdrowe, normalne funkcjonowanie Kościoła wymaga tego, żeby księża właśnie nie przyjaźnili się między sobą, tylko z innymi ludźmi. By byli pośród nich i uczyli się im służyć już przed święceniami, a nie siedzieli w jakimś zamknięciu, z którego mogą wychodzić tylko za zgodą przełożonych i na określony czas.

Po trzecie, seminarium nie jest już niezbędne dla ukończenia studiów teologicznych. To, by prezbiter był magistrem teologii, jest zasadniczo dobrym pomysłem. Nie trzeba jednak w tym celu utrzymywać seminariów duchownych, ponieważ w naszych czasach teologię studiować można po prostu na uniwersytetach, tak jak robią to tak zwane osoby świeckie. Osoby przygotowujące się do święceń mogłyby przecież chodzić na te same zajęcia i studiować zupełnie na tych samych zasadach. Tym samym również i same studia nie oddzielałyby ich od „zwykłych” ludzi, ale pomagałyby zbliżyć się do innych młodych osób i ich problemów. Kto nam wmówił, że klerycy nie mogą być wymieszani z innymi ludźmi, a powinni tworzyć odseparowaną kastę, także jako studenci? Skoro sami chcemy, żeby stanowili zamkniętą i wsobną grupę, to potem nie dziwmy się, że także po święceniach w dużej mierze stanowią zamkniętą i wsobną grupę.

Po czwarte, seminarium nie jest dobrym środowiskiem rozwoju ogólnoludzkiego. Nikt nie wątpi w to, że formatorzy bardzo się starają, nie neguję też tego, że wiele osób wiele się w seminariach uczy i bardzo się rozwija. Ale czy to naprawdę są najlepsze z możliwych warunków wzrostu? Młodzi ludzie, często bezpośrednio po maturze, trafiają do placówki, gdzie nie muszą troszczyć się o sprawy życia codziennego, o to, czy zabraknie im jedzenia, czy będą mieli czyste ubranie i tak dalej. Podczas gdy inni studenci wypływają na szerokie wody dorosłości, czasem łącząc pracę z nauką, klerycy – nawet dyżury przy myciu naczyń tego nie zmienią – są jednak pod pewnym kloszem.

Po piąte, seminarium nie jest, wbrew pozorom, dobrym miejscem rozeznawania decyzji o bezżenności dla królestwa Bożego. Kościół rzymskokatolicki wyświęca obecnie na prezbiterów tylko mężczyzn, którzy deklarują życie w celibacie. Decyzja o bezżenności nie jest zawsze łatwa i oczywista, podlega czasem żmudnemu rozeznaniu. Temu rozeznaniu seminarium wcale nie najlepiej sprzyja, ponieważ wytwarza dość sztuczne życiowo warunki w postaci separacji i braku kobiet. Jedna pani od psychologii i druga od angielskiego nie zmieniają faktu, że zasadniczo seminarium to kilka lat spędzonych głównie w męskim gronie. Brak pogłębionych, żywych relacji z kobietami nie sprzyja świadomej decyzji, ale tworzy pewne warunki cieplarniane, które mogą wprowadzić kogoś w iluzję, że nie odczuwa żadnych pragnień wobec kobiet, bliskości z nimi, małżeństwa i tak dalej. Po święceniach ksiądz trafi gdzieś na parafię i będzie miał do czynienia ze światem, o dziwo, dwupłciowym. Warto, żeby już w czasie formacji miał do czynienia właśnie z takim światem, a nie z kilkuletnim obozem młodzieży męskiej.

Co wobec tego w zamian? Nie mam pojęcia. Pewnie przed nami jeszcze długie dekady dyskusji na ten temat. Formacja połączona z normalnym życiem w świecie jest jednak możliwa, choć jej kształt na pewno trzeba by gruntownie przemyśleć. Osoby formujące się do diakonatu stałego żyją normalnie w świecie, studiują teologię (najczęściej już ukończyły ją wcześniej), a co jakiś czas spotykają się na spotkaniach formacyjnych. Czy nie jest do wyobrażenia, że to samo dotyczy kandydatów do prezbiteratu? Studiujący teologię z innymi osobami, żyjący pośród ludzi i ich problemów, mieszkający na stancji i piorący skarpety w wannie, bo znów zepsuła się pralka. Chodzący na imprezy, nie infantylizowani zasadami typu: „Musisz wrócić przed dobranocką”. Czujący się takimi sami ludźmi, jak ich koledzy. Nie uważający się za wybrańców, choć świadomi, że przygotowują się do przyjęcia wyjątkowego daru. Przyjaźniący się z dziewczynami bez strachu i sztucznego dystansu, ale nie wchodzący z nimi w relacje damsko-męskie, bo przekonani, że ich droga wiąże się z bezżennością. Wyróżniający się gorliwą modlitwą i postawą, a nie specjalnym strojem i mieszkaniem za wysokim płotem. Zaangażowani maksymalnie w pomoc w parafii, na terenie której mieszkają. W weekendy jeżdżący na spotkania formacyjne z biskupem i prezbiterami, którym szczerze opowiadają o swojej drodze, wątpliwościach i pragnieniach. W końcu otrzymujący święcenia. Czy to nie jest do wyobrażenia? Czy to nie mogłoby zadziałać?

One Reply to “Seminaria duchowne? Może lepiej nie”

  1. Łatuński pisze:

    „W weekendy jeżdżący na spotkania formacyjne z biskupem i prezbiterami, którym szczerze opowiadają o swojej drodze, wątpliwościach i pragnieniach. W końcu otrzymujący święcenia. Czy to nie jest do wyobrażenia? Czy to nie mogłoby zadziałać?”
    Piękne zdanie Johnnie Lennonie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi