Przypowieść o talentach

Dziś wspomnienie Augustyna. Można czytać specjalne czytania w liturgii, ale można też czytać te po prostu z dnia. Jeśli czyta się te „zwykłe” z dnia, to mamy dziś słynną przypowieść o talentach. Z tej okazji wrzucam swój stary tekst o niej, może dla kogoś będzie przydatny.

——————————-
Wszyscy wiemy, jak to leci: szef wyjeżdża i rozdziela złoto podwładnym, żeby puścili je w obieg. Każdemu daje ileś tam talentów, bynajmniej nie po równo. Potem ich z tego rozlicza. Wyrazy aprobaty otrzymują ci, którzy pomnożyli swój majątek, zaś surowe wciry dostaje koleś, który zakopał pieniądz w ziemi i oddaje tyle samo, ile dostał. W niniejszym poście zastanowimy się trochę nad alternatywną interpretacją tej Jezusowej paraboli i powiemy sobie, dlaczego byłoby bardzo ciekawe, gdyby to ona odpowiadała Jego zamysłowi.

Po pierwsze powiedzmy sobie jednak, jaka jest interpretacja tradycyjna. Streśćmy ją. Otóż główny szefo to oczywiście Bóg, bo Jezusowi zawsze przecież chodzi o Boga. Talenty złota (a talent to jednostka wagi) to dary, które ludzie otrzymują od Boga. Jestem przekonany, że obecne w wielu językach słowo talent na oznaczenie uzdolnienia bierze się z tej właśnie przypowieści – jeśli się mylę, możesz mnie poprawić. To świadczyłoby nie tylko o sile samej historyjki, ale także o tym, że tak właśnie się ją zasadniczo interpretuje. A więc ludzie dostają różne dary, czy to urodę, czy inteligencję, czy właśnie uzdolnienia, czy dary nadprzyrodzone. Bynajmniej nie po równo, wiemy o tym. Każdy ma za zadanie zrobić z tego użytek, rozwinąć to, by przyniosło owoce. I bohaterowie przypowieści faktycznie to robią, z wyjątkiem ostatniego, który jest w tej interpretacji totalnym złamasem. „Zakopać talent w ziemi” oznacza na przykład nie śpiewać poruszających ludzi piosenek, mimo że się umie zjawiskowo śpiewać. I tak dalej, i tak dalej. Bóg zachęca więc do rozwijania i robienia użytku z tego, czym nas obdarował, a jedyne, co możemy zrobić źle, to nie robić nic. Kto zakupuje talent, otrzymuje naganę od Pana.

Zwróćmy uwagę, że ta interpretacja jest zupełnie niedosłowna, co jest typowe dla przypowieści Jezusa. Każdy wie, że w historii o zagubionej owcy nie chodzi o włochate zwierzęta, tylko o ludzi. Tutaj zaś każdy wie, że nie chodzi o dosłowne złoto, czyli pieniądze, ale o różnorakie dary Boga. Ale – to pewien niuans – między innymi może także chodzić o pieniądze. Z nich też można robić użytek, puszczać je w obieg, pomnażać. Z tej przypowieści można wysnuć jakąś wręcz apoteozę kapitalizmu. I faktycznie się to czyni, na przykład zauważmy, że jedno z głównych duszpasterstw przedsiębiorców w Polsce nazywa się właśnie „Talent”.
Co jednak, jeśli w tej przypowieści chodzi faktycznie właśnie o pieniądze, ale zupełnie w innym znaczeniu? Przejdźmy teraz do interpretacji alternatywnej, która, odkąd ją usłyszałem, przekonuje mnie i pociąga. Byłoby z wielu powodów bardzo ciekawe, gdyby to ona odpowiadała zamysłowi Jezusa, który, jak sądzę, faktycznie opowiedział kiedyś taką historyjkę.

W Ewangelii według Mateusza, którą czytamy dzisiaj, trudno szukać dziury w całym. Według tego ewangelisty Jezus wprost mówi, że jest to przypowieść o królestwie Bożym. Jest to więc opowieść o tym, jak się mają sprawy między Bogiem a człowiekiem – że mianowicie Bóg obdarowuje człowieka i tak dalej. W 25. rozdziale Mateusza są też inne przypowieści o królestwie Bożym. Jezus po prostu je opowiada, nakreślając rzeczywistość tego królestwa. Jest tam na przykład słynna historia o sądzie ostatecznym i rozdzielaniu owiec od kozłów. Dla Mateusza wszystko jest jasne – ta przypowieść o talentach jest jedną z wielu przypowieści o królestwie Bożym, gość rozdzielający majątek sługom to Bóg rozdający swoje dary ludziom i tak dalej. Jedyne, do czego można by się przyczepić, to kształt dialogu postaci mającej reprezentować Boga z owym złamasem, który zakopał talent w ziemi. Złamas mówi, że szef jest zły i chce zarabiać kasę cudzym kosztem. W klasycznej interpretacji ten człowiek oskarża zatem Boga, że wymaga od ludzi i egzekwuje surowo ich robotę, a sam nic nie robi. Jak reaguje postać odgrywająca Boga? Mówi: Tak, taki jestem, ale właśnie dlatego powinieneś ze strachu puścić hajs w obieg. Co to ma znaczyć? Po co taka puenta? Czy Jezus chce zasugerować, że Bóg faktycznie wymaga od ludzi, a sam nie działa i przez to jest niesprawiedliwy? Ta kwestia stanowi pewien problem. Niektórzy próbują z niej wybrnąć, dowodząc, że złamas ma fałszywy obraz Boga, a Bóg odpowiada coś w stylu: Ok, skoro za takiego mnie masz, to mogłeś przynajmniej ze strachu pomnożyć ten talent. Być może kogoś to przekonuje, ale w każdym razie zapamiętajmy ten problem.

A, byłbym zapomniał. Jeszcze kwestia dziwnej redystrybucji. Złamas, który zakopał talent złota, zostaje go pozbawiony, natomiast ów talent przypada temu, kto miał dziesięć talentów. Kto ma dużo, ten dostaje jeszcze więcej i to od tego, kto miał najmniej. Jak to się ma do królestwa Bożego? Czy Bóg daje swoje dary tym, którzy mają ich najwięcej, kosztem tych, którzy mieli ich najmniej, ale ich nie wykorzystali? O co tu chodzi? Czy wielcy święci będą zbawieni jakoś „bardziej”, otrzymując jakieś dary zmarnowane przez innych? Im więcej ktoś ma przed Bogiem, tym jeszcze więcej dostanie? Trudno z tego wybrnąć, bo taki kierunek przekazania zmarnowanego talentu jest wyraźnie podkreślony. Podobnie jak w wypadku poprzedniej wątpliwości trudno to zinterpretować sensownie i życzliwie wobec Boga. Zapamiętajmy i tę trudność.

Przejdźmy teraz do rzeczy, a mianowicie przejdźmy do Ewangelii Łukasza. Opowiada on ewidentnie tę samą historię, opiera się na tym samym źródle czy przekazie. U niego jest mowa o minach w miejsce talentów, ale to bez znaczenia. Uwaga – u Łukasza Jezus nie mówi, że ta przypowieść jest o królestwie Bożym (!). Łukasz podaje natomiast tło chwili, w której Jezus opowiada tę historyjkę. Otóż Pan zmierza do Jerozolimy (gdzie, jak wiemy, zostanie ukrzyżowany), a otaczająca Go świta uczniów jest przekonana, że za chwilę zacznie się królestwo Boże. Co to znaczy? Dlaczego ma się zacząć królestwo Boże, gdy Jezus dotrze do stolicy?
Odpowiedź jest prosta, gdy uświadomimy sobie, co rozumieli uczniowie przez królestwo Boże. A rozumieli między innymi to, że Jezus przejmie władzę w Izraelu, odnowi niezależną monarchię, a Rzymianie odejdą w siną dal. Łukasz przypisuje jawnie pierwszym uczniom Jezusa taką mentalność i takie rozumienie królestwa, nawet gdy opisuje wniebowstąpienie: „Czy w owym czasie przywrócisz królestwo Izraela?” (Dz 1, 6). Łukasz nie ukrywa, że uczniowie Jezusa początkowo widzieli w Nim mesjasza także politycznego. Jego nauczanie pełne mocy i cudów było dla nich znakiem nadziei na odbudowę dawidowej monarchii w miejsce rządów kolaboranckiego rodu Herodów i faktycznie rzymskiej okupacji.

Oto więc Jezus zbliża się do Jerozolimy, a uczniowie sądzą, że zbliża się królestwo Boże (Łk 19, 11). Co to znaczy? Ci ludzie są przekonani, że Jezus idzie przejąć władzę w stolicy. Z Bożą pomocą na pewno się jakoś uda i nastąpią obiecane ojcom lepsze czasy. Potomek Dawida zasiądzie znów na tronie, a Izrael stanie się potęgą. Łukasz wyraźnie zaznacza, że to w takim kontekście Jezus opowiada uczniom swoją historyjkę o minach. Celem tej przypowieści jest więc wyprostowanie mniemań uczniów na temat królestwa i mesjaństwa politycznego w wykonaniu ich nauczyciela.

Jezus opowiada więc soczystą historię o tym, jak wygląda świat władzy, prestiżu, majątku i wpływu, w który Jego uczniowie chcą Go wpisać. Chrystus drwi z tego świata i zaznacza, że nie będzie w nim partycypował. Przypowieść o talentach czy minach nie jest więc, jeśli to ujęcie jest trafione, przypowieścią o królestwie Bożym! Jaki miałoby sens w takim kontekście politycznych oczekiwań uczniów na przejęcie przez Jezusa władzy w stolicy opowiadanie w formie reakcji historyjki o tym, że Bóg daje ludziom różne uzdolnienia? To nie ma sensu. Otóż przypowieść ta nie jest o królestwie Bożym, ale o królestwie ludzkim. Jest ona kąśliwym podsumowaniem tego, jak wygląda świat władzy i pieniądza, nie tylko w Jerozolimie I wieku, ale właściwie wszędzie po dziś dzień.

Możnowładca, który wyjeżdża i zostawia kasę swoim najbliższym sługom, to rzeczywiście możnowładca, który rozdziela kasę. W najbardziej bezpośredniej perspektywie może to być któryś z Herodów, ale możesz go nazwać dyrektorem międzynarodowej korporacji. W każdym razie to postać negatywna, a nie reprezentująca Boga. Niesprawiedliwość przy podziale bogactwa to rzeczywiście niesprawiedliwość. Bezlitosne wymaganie, by każdy namnożył jak najwięcej kasy, to rzeczywiście rządzące ludzkim światem wymaganie, by pomnażać pieniądze, a co za tym idzie, wpływy, władzę, pozycję społeczną. Zły bogacz chce się dorabiać wzbudzając wyścig szczurów na niższych szczeblach hierarchii społecznej. Chce czerpać jeszcze większe zyski z ludzkiej pogoni za pieniądzem. Ostatni sługa, który nie chce brać w tym udziału, jest bohaterem pozytywnym, a nie negatywnym. Wzgardził on wyścigiem szczurów, wyparł się uczestnictwa w pogoni za bogactwem i władzą. Możnowładca kara go, tak jak wielcy tego świata gardzą ubogimi i odbierają im nawet to, co ci mają. Zakopany talent otrzymuje najbogatszy, bo tak działa ten świat – bogaci się bogacą coraz bardziej i to kosztem najbiedniejszych.

Przypowieść, którą dziś czytamy w Kościele mogła być więc pierwotnie w zamyśle Jezusa nie żadną pobożną historyjką o tym, że Bóg każdemu dał jakieś talenty, ale bezkompromisową krytyką panującego wtedy i panującego dziś systemu społecznego, ekonomicznego i aksjologicznego. Jezus odciął się od władzy politycznej i od wpływów na tym świecie, pokazując, jakie są prawdziwe fundamenty tego zbudowanego przez ludzi złego świata. To sam Chrystus jest ostatnim sługą, który odmawia wzięcia udziału w wyścigu o władzę i ślepe pomnażanie bogactwa! Między innymi za tę odmowę i krytykę tego systemu ucierpi od wielkich Jerozolimy, wielkich tego świata.

Tyle. Moim zdaniem to bardzo ciekawe. Warto zwrócić uwagę, że ta interpretacja nie rodzi żadnych trudności, podczas gdy w tej tradycyjnej od problemów się roi. Tu wszystko staje się klarowne. A hasło: „Ktokolwiek ma, temu będzie dodane, a kto nie ma, temu zabiorą nawet to, co ma” to nie jakaś tajemnicza duchowa zasada, ale gorzka krytyka świata pieniądza.

Oto kilka wymiarów, na które warto zwrócić uwagę:

Po pierwsze, pierwotny sens przypowieści mógł się zatrzeć w ramach bardzo prostego mechanizmu, pod tytułem: „Jezusowi na pewno chodzi o Boga i królestwo Boże”. Ten jeden raz Jezus opowiedział przypowieść o ludzkim, a nie Bożym królestwie, ale my przeoczyliśmy to, bo naszym zdaniem Jezus musiał mówić o samych pobożnych sprawach. To jak w tym starym sucharze o katechetce, że ona opowiada o wiewiórce i pyta, co to jest, a ktoś odpowiada, że „niby wiewiórka, ale jak panią znam, to Pan Jezus”.

Po drugie, kontekst Mateusza wskazuje raczej na tradycyjną interpretację, a kontekst Łukasza właśnie na tę, o której opowiedziałem. To lekcja tego, że różnice pomiędzy Ewangeliami są naprawdę znaczące. Nawet biorąc tę samą opowiastkę Jezusa, Ewangeliści mogą ją zrozumieć zupełnie inaczej i podać ci w innym sosie. Dlatego warto porównywać, badać, wczytywać się, by zobaczyć więcej, by ujrzeć różne perspektywy.

Po trzecie, jeśli Jezus opowiedział przypowieść krytykującą kształt życia społecznego, nie możesz bredzić, że chrześcijaństwo nie powinno w ogóle nic mówić o świecie i go krytykować, ale jedynie powtarzać w kółko o duszy, Bogu, aniołach, łasce i sakramentach. Chrześcijaństwo jest także proroczą krytyką tego świata, zarówno kapitalizmu, jak i każdego innego systemu.

Po czwarte, zabawne jest to, że przypowieść, która bywa używana do apologii chrześcijańskiego biznesu i do zachęty do uczciwego bogacenia się, w rzeczywistości jest krytyką bogacenia się i zachętą do wzgardzenia dobrami tego świata i pogonią za nimi.

Po piąte, jeśli przez wieki interpretowano tę przypowieść, idąc innym tropem niż być może sugerowany przez samego Jezusa, to oznacza, że w Ewangelii wciąż jest jeszcze wiele do odkrycia. Być może nie potrafimy zobaczyć jakichś mocnych rzeczy w tych tekstach, bo od razu wchodzimy w koleiny wpojonej nam interpretacji. Ewangelia zawsze pozostaje świeża i większa niż wszystko, co o niej dotąd powiedziano.

Po szóste, ta alternatywna interpretacja przypowieści o talentach/minach jest z pewnością mniej wygodna i może dlatego nigdy się nie upowszechni. Historyjka o tym, że trzeba wykorzystywać dane nam uzdolnienia, jest łatwa i przyjemna. Jednak jeśli Jezus zachęca do wzgardzenia pieniędzmi i całym wyścigiem o bogactwo, sławę, splendor i władzę, a my zowiemy się Jego uczniami, to chyba powinniśmy się tym przejąć. Jeśli nazywamy Panem tego, kto wzgardził światem pogoni za pieniądzem, to chyba musielibyśmy i własne życie zweryfikować pod tym kątem. A tego chyba byśmy nie chcieli?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do paska narzędzi