Śmierć Jana

W dzisiejszej Ewangelii słyszymy o okolicznościach śmierci Jana Zanurzyciela. Według tego przekazu prorok zginął na skutek sensacyjnej intrygi żony Heroda. Chodzi o Heroda Antypasa, syna Heroda Wielkiego, który miał dokonać wedle Mateusza słynnej rzezi niewiniątek. Ów Herod Antypas pojął za żonę byłą żonę swojego brata, Filipa. Branie żony po żyjącym bracie było niezgodne z Torą, więc gorliwy Jan upominał władcę. Nikt nie lubi, gdy ktoś mu wypomina zło, więc Antypas zamknął narwańca w więzieniu, a następnie Herodiada przez sprytne wykorzystanie swojej córki załatwiła Janowi ścięcie głowy.

 

Czy historycznie tak właśnie było ze śmiercią Jana zwanego Zanurzycielem? Nie jest to takie oczywiste. Sama konstrukcja tej sceny budzi zdumienie. Czemu Herod z jednej strony zamknął Jana, a z drugiej nie chciał dokonać ostatecznego kroku? Czemu nie zabił go od razu sam z siebie? Czyżby przedstawiciel krwawego, bezwzględnego rodu Herodów miał jakieś wyrzuty sumienia i chciał ocalić pustynnego ascetę? A może, jak sugeruje Mateusz, Herod bał się ludu? Ale to nie wszystko. Czy naprawdę wielcy, poważni władcy robią dziwne rzeczy w stylu obiecywania tańczącej, uroczej dziewczynce, że spełnią wszystkie jej życzenia? Ktoś powie: No tak mu się powiedziało, a potem już musiał wyjść z tego z twarzą. No dobrze, możliwe. Ale najważniejsze pytanie brzmi: Skąd, do jasnej anielki, wie o tym wszystkim Mateusz (a właściwie Marek, bo Mateusz od niego przepisuje)? Mamy tu do czynienia ze szczegółowym opisem przebiegu zamkniętej, dworskiej imprezy. Ponadto imprezy, na której dokonuje się zbrodnia. To wszystko miałoby być jawne? Marek miał tam swój podsłuch?

 

Zanim będziesz szukał jakichś karkołomnych wyjaśnień, spróbuj zastanowić się, czy ta historia nie odzwierciedla po prostu funkcjonującej wśród ludu plotki na temat śmierci Jana. Ludzie z marginesu zawsze mają bujne wyobrażenia na temat tego, co się dzieje w życiu bogatych i możnych, w ich pałacach, willach, biurowcach i rezydencjach. Być może tak powstała legenda na temat tego, jak ostatecznie Herod załatwił Jana. Soczysta intryga, zraniona duma kobiety i urok młodej dziewczyny, taniec i popijawa, obietnica i słowo honoru, wreszcie głowa na misie. Piękna, barwa opowieść.

 

O której nic nie słyszał skrupulatny historyk tej epoki i miejsca, Józef Flawiusz. Czytamy w „Dawnych dziejach Izraela”: „Gdy zewsząd nadciągały rzesze, bo nauki Jana roznieciły wśród ludzi niesłychany entuzjazm, Herod uląkł się, by tak wielki autorytet owego męża nie popchnął ich do buntu przeciw władzy. Wyglądało bowiem na to, że na wezwanie Jana gotowi byliby ważyć się na wszystko. Dlatego wolał raczej pozbyć się go, zanim zażegwi on jakiś niepokój w państwie, niż potem wobec nieodwołalnych już wydarzeń być zmuszonym do zmiany postępowania. Z powodu więc takiego podejrzenia Heroda spętano Jana i zaprowadzono do wyżej wspomnianej twierdzy Macheront, gdzie go też zabito”.

 

Historia zatem była być może bardziej prozaiczna. Jak wielu innych żydowskich nauczycieli religijnych czy proroków, Jana zabito, bojąc się, że jego wystąpienie wzbudzi rozruchy. Rzymianie i spolegliwi wobec nich Herodzi bali się tylko jednego: rozpierduchy, za przeproszeniem. I to z takich, społeczno-polityczno-taktycznych powodów Herod być może zlikwidował Jana. Jak później Piłat Jezusa.

 

Czy to znaczy, że opowieścią z Ewangelii nie warto się przejmować? Bynajmniej. Choć pewnie nie odpowiada ona historii, ma dużo sensu, szczególnie w kontekście całej ewangelicznej narracji. Jan ginie za prawdę, zapowiadając śmierć Jezusa. Wzbudza wyrzuty sumienia, które nie dają spokoju. Ludzie chcą go zabić, bo jest im solą w oku. To wszystko jest zapowiedzią śmierci Jezusa, która też miała taki właśnie, między innymi, charakter. Do tego konkretny zarzut Jana („nie wolno ci mieć żony brata”), choć bezpośrednio odnosi się do konkretnego zapisu Tory i chodzi w nim o żonę dosłownego brata, w chrześcijańskiej lekturze staje się zapowiedzią orędzia o nierozerwalności małżeństwa.

 

Jakby tych analogii między Janem a Jezusem było w tej scenie mało, dochodzi do tego zmartwychwstanie. Herod obawia się, że Jan mógł powstać z martwych (w osobie Jezusa). Zmartwychwstanie jawi się więc jako coś przerażającego, a wiara w nie jako niemal owoc skrajnie silnego poczucia winy. Niektórzy krytycy chrześcijaństwa sugerują, że tak też było z powstaniem wiary w zmartwychwstanie samego Jezusa. Ale w każdym razie autentyczne zmartwychwstanie – nie to, które wyprodukował w swojej głowie Herod – przynosi pokój i pojednanie, a nie zemstę ofiar. Zmartwychwstanie to przebaczenie. Być może kiedyś wszyscy będziemy zdolni sobie przebaczyć, nawet jeśli dziś chcielibyśmy dostać nawzajem swoje głowy na misie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do paska narzędzi