Królowanie Boga i przemienienie Jezusa

Skąd się wziął w środku narracji ewangelicznej tak nadprzyrodzony, odjechany opis, jak przemienienie na górze, o którym czytamy i które świętujemy dzisiaj? Ewangelia opowiada, owszem, o różnych cudownych wydarzeniach z życia Jezusa, ale jednak wszystko to jest wpisane w pewne zwyczajne, codzienne ramy. Mistrz gdzieś idzie, kogoś uzdrawia, ale potem znów z kimś rozmawia, tłem jest zwykłe, palestyńskie życie. A tu nagle mamy scenę totalnie supranaturalistyczną, widzimy tajemniczy blask i nieżyjące od plus minus tysiąca lat postaci Mojżesza i Eliasza. Skąd to wszystko tak nagle w środku Ewangelii?

 

Można by wiele pisać o paschalnym sensie sceny z góry Tabor, o jej charakterze jako zapowiedzi zmartwychwstania. Można by też analizować teologiczny wydźwięk całego tego opisu, łącznie z sensem pojawienia się Mojżesza jako uosobienia prawa i Eliasza jako uosobienia tradycji prorockiej. Wszystko to jednak robiło się i robi setki razy w różnych miejscach. Chciałem natomiast zwrócić dziś uwagę na sprawę bardziej formalną – dlaczego ten opis pojawia się w Ewangelii przed zmartwychwstaniem, a nie po i dlaczego pojawia się w bardzo konkretnym miejscu. Ktoś powie: Bo po prostu wtedy coś takiego miało miejsce. W konkretnym momencie kilku uczniów poszło z Jezusem na górę, widzieli, jak się modli i zobaczyli bijący od Niego blask. Być może, nie wiemy tego. Ale Ewangeliści nie dbają zanadto o historyczną szczegółowość. Nawet jeśli przemienienie jest reminiscencją jakiegoś rzeczywistego wydarzenia, na przykład obserwowania przez kilku uczniów modlitwy Jezusa, to pozostaje pytanie, dlaczego wybrzmiewa ono tak mocno i dlaczego w tym miejscu Ewangelii.

 

Mateusz i Łukasz idą, jak zazwyczaj, za Markiem. To Ewangelia Marka pierwsza kodyfikuje schemat opowieści o Jezusie. I już u Marka, a potem w kolejnych Ewangeliach synoptycznych, przemienienie na górze jest poprzedzone konkretnym powiedzeniem Jezusa. Otwórzmy dziewiąty rozdział Marka i jasno zobaczymy, o jakie słowa chodzi. „Zaprawdę, powiadam wam: Niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają śmierci, aż ujrzą królestwo Boże przychodzące w mocy”. Według Mateusza Jezus mówi coś podobnego, z tym że zapowiada nadejście Syna Człowieczego. Łukasz mówi generalnie to samo, co Marek.

 

Mamy zatem słowa Jezusa, które stanowią wprowadzenie do sceny przemienienia. Słowa te sięgają zapewne pierwotnego przekazu o nauczaniu Mistrza. Są przechowywane ze czcią i nikt nie planuje ich wyrzucać z tekstów Ewangelii. Co mówią te słowa? Ano najprawdopodobniej to, że Jezus spodziewał się rychłego nadejścia królestwa Bożego, cokolwiek by to miało znaczyć. Niedawno zwracałem uwagę na to, że wiele tekstów sugeruje to apokaliptyczne oczekiwanie Nazarejczyka. To właśnie jeden z tych tekstów. Gdyby Jezus powiedział jedynie, że królestwo nastanie wkrótce, to byłoby jeszcze pół biedy. Można by wtedy mówić, że wkrótce dla Boga to może być milion lat i tak dalej, jak to czyni zresztą później pseudo-Piotr (2 P 3, 8). Ale problem w tym, że Jezus mówi, iż niektórzy nie umrą, zanim przyjdzie królestwo Boże – i to w mocy! A zatem, nawet jeśli Jezusa słuchało wtedy jakieś niemowlę, to w najgorszym razie po jakichś stu latach od tego momentu powinno nastać królestwo Boże w mocy.

 

Nic takiego się nie stało, przynajmniej w takim oczywistym, spodziewanym sensie. Nie nadeszło do dziś królestwo Boże w mocy, a minęło już dwa tysiące lat. Chyba, że to przeoczyliśmy, ale wydaje się, że trudno byłoby przegapić nadejście królowania Boga w mocy. W jaki sposób radzą sobie chrześcijanie w początkach Kościoła z tymi treściami? Jak przetrawić orędzie Jezusa, skoro nie nastał natychmiast nowy, boski porządek, a sam Nauczyciel został skazany na zagładę przez królestwo Rzymu, panujące w mocy? Dzisiejsze święto i fragment Ewangelii jest być może najbardziej spektakularnym przykładem tego radzenia sobie z apokaliptycznym Jezusem. Nie można ocenzurować Pana. Przekazano nam, że nauczał on takich apokaliptycznych rzeczy, a my przekazujemy to dalej. Tak, powiedział te słowa i je zapisujemy. Ale nie możemy tak po prostu ich zostawić, musimy dać jakiś trop i wyjaśnienie. Ok. Jezus, po powiedzeniu tych słów, poszedł na górę i tam zajaśniała Jego chwała. Co to znaczy? Że naprawdę zajaśniało królestwo Boże, ale nie jako jakaś przemiana całego świata, lecz jako chwała Jezusa. Królowanie Boga objawia się w Chrystusie. Zobaczyli to niektórzy (!) uczniowie. Jezus mówił, że niektórzy ujrzą królestwo zanim umrą i voila! Udało się. Niektórzy uczniowie zobaczyli królowanie Boga w Jezusie, gdy przemienił się wobec nich na świętej górze chwały, gdzie rozmawiał ze świętymi mężami Starego Przymierza, a niebiańska potęga Boga dokonała Jego oficjalnej autoryzacji.

 

I tu widzimy gołym okiem i w konkrecie największy przełom myślowy samych początków chrześcijaństwa. Głoszenie królestwa zamienia się w głoszenie Jezusa. Czy to ostatecznie to samo, czy nie? Czy to było dobre przejście, czy nie? W jakim sensie Jezus sam jest królowaniem Boga? Czy w Jego życiu, śmierci i zmartwychwstaniu naprawdę Bóg zakrólował na świecie? Jak działa to królowanie? To wszystko pytania, z którymi zostawiają nas Ewangelie. Nie przechodźmy nader płynnie nad tym, co Ewangeliści wygładzają. Stańmy przed problemami, przed którymi stali oni. Królestwo Boże jako owoc apokaliptycznej interwencji Boga w losy świata niewątpliwie nie nadeszło. Jak więc Bóg chce zakrólować nad światem i jak ma się do tego historia Jezusa? Czy Bóg chce zapanować nad kosmosem oddolnie, przez przemianę człowieka? „Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden wytwórca sukna na ziemi wybielić nie zdoła”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przejdź do paska narzędzi