Klerykalizm – zejdźmy do podstaw

W dyskusjach na temat problemu klerykalizmu w Kościele brakuje mi bardzo zejścia na poziom podstawowych pojęć i teologicznego uporządkowania. Bez tego ślizgamy się po powierzchni, opowiadając tylko, jak powinno być i co jest dziś przesadzone. Warto tymczasem w punkcie wyjścia pamiętać o trzech rzeczach.

 

  1. Nie istnieje sakrament kapłaństwa.

 

Tak jak w przypadku siódmego sakramentu nieporozumienie polega na tym, że chodzi o małżeństwo, a my zachowujemy się, jakby sakramentem był ślub, tak tutaj problem jest dokładnie odwrotny. Szósty sakrament nazywa się „sakrament święceń”, a nie „kapłaństwa”. Ksiądz nie jest chodzącym sakramentem, ale po prostu kimś, kto przed laty przyjął pewien sakrament. To trochę zmienia optykę, o czym można się przekonać, zestawiając ów sakrament w głowie z innymi. Na przykład Zdzichu przyjął namaszczenie chorych lub bierzmowanie. Czy od tej pory należy do jakiejś odrębnej kasty i trzeba się do niego specjalnie zwracać? Czy od tego momentu trzyma się głównie z tymi, którzy też przyjęli bierzmowanie? Czy też raczej normalnie dalej żyje w Kościele i pełni swoją rolę? Zauważmy, że choć nie traktujemy bierzmowanych jako odrębnego stanu i jakiegoś zamkniętego środowiska, nie oznacza to, że w jakikolwiek sposób negujemy powagę i sens sakramentu bierzmowania. Dlaczego inaczej zrobiliśmy ze święceniami oraz czy tak musi być? Oto jest pytanie. Ktoś powie, że święcenia dają pewne szczególne prerogatywy i nadają szczególną rolę w Kościele. To prawda, ale czy z tego wynika jakieś szczególnie „sakralne” i specjalne traktowanie samych osób wyświęconych? Wydaje się, że nie musi wynikać. A na pewno nie wynika to, by osoby te traktować jako będące w jakiś sposób bardziej Kościołem niż inne osoby ochrzczone. Skoro gdy bierzmowany popełni przestępstwo, to po prostu dzwonisz na policję, a nie ukrywasz tego faktu i nie mówisz: „Muszę to zatuszować, bo to przecież bierzmowany, więc ludzie zniechęcą się do Kościoła, gdy zobaczą, co zrobił”, to czemu inaczej robisz z wyświęconym? Rób dokładnie tak samo. Prezbiter nie jest bardziej członkiem Kościoła niż jakikolwiek ochrzczony. Przynależność do wspólnoty nie jest stopniowalna i opiera się na sakramencie chrztu. Jeśli biskupi chcą ukrywać sprawców jakichś złych czynów, by bronić dobrego imienia Kościoła, to niech konsekwentnie ukrywają wszystkich ochrzczonych przestępców, czyli w przypadku Polski niemal wszystkich przestępców.

 

  1. Nie ma wyznaczonych kapłanów w chrześcijaństwie.

 

Nazywanie prezbitera kapłanem jest nieszczęśliwym skrótem myślowym, który niczemu dobremu nie służy. W nowszych dokumentach Kościoła odchodzi się od takiego nazewnictwa całkowicie, wracając do precyzyjnych terminów, które osadzone są w samym Nowym Testamencie. Chodzi o trójstopniową hierarchię: biskup, prezbiter i diakon. Nazwy te nie mają charakteru kultycznego czy szczególnie sakralnego. Oznaczają po polsku: zarządca, starszy i sługa. Gdy Nowy Testament mówi o „kapłanach”, ma zasadniczo na myśli kapłanów Starego Przymierza, kapłanów żydowskich z rodu Aarona. Takim kapłanem nie był ani Jezus, ani żaden z dwunastu apostołów. Nigdzie w Biblii ksiądz nie jest nazwany kapłanem i nikomu z biblijnych autorów nie przyszłoby to do głowy. Oczywiście, wyjątkowa jest myśl Listu do Hebrajczyków, gdzie w analogiczny, symboliczny sposób arcykapłanem nazywany jest Pan Jezus. Na tym opiera się cała późniejsza teologia kapłaństwa. W tym jedynym kapłaństwie Chrystusa zakorzenione jest kapłaństwo Jego uczniów, zanurzonych w Nim przez chrzest. Chrześcijaństwo opiewa powstanie ludu kapłańskiego, w którym wszyscy są kapłanami – kapłaństwo jest powszechne. Choć nie czytamy w Nowym Testamencie o szczególnych osobach, które miałyby być kapłanami chrześcijańskimi, czytamy o Kościele jako ludzie kapłańskim (1 P 2, 9). Kapłaństwo powszechne, polegające na jedności z Chrystusem, jedynym i ostatecznym kapłanem, jest ważniejsze i bardziej pierwotne niż posługa prezbitera (której na początku nikomu nie śniło się nazywać kapłańską). Trudno na szybko wyjaśnić, co to wszystko znaczy i jak rozumieć to kapłaństwo wszystkich wierzących. Na pewno jego rozumienie jest rewolucyjne i nie można ani utożsamiać go z rozumieniem pogańskim, ani żydowskim. Wiele tekstów poświęcił tym zagadnieniom Albert Vanhoye SJ, wielki teolog kapłaństwa i egzegeta Listu do Hebrajczyków, kardynał zmarły wczoraj w południe w wieku 98 lat. W każdym razie późniejsze nazywanie księży kapłanami ma zapewne już kontekst rodzącej się klerykalnej kastowości i brania wzorców z kultów pogańskich (podobnie jak specjalne stroje wyświęconych). Obecnie uznaje się, że osoby wyświęcone mają szczególny udział w kapłaństwie Chrystusa. Ich kapłaństwo jest jednak służebne – jest na służbie całego ludu kapłańskiego. Wszyscy jesteśmy kapłanami, ale osoby wyświęcone na prezbiterów i biskupów mają w tym szczególną rolę i swoją posługą przypominają nam, że jesteśmy ludem kapłańskim. Ta szczególna rola jest w teologii katolickiej faktem, ale nie oznacza ona, że inni z kolei nie są „kapłanami”. Nie istnieją w chrześcijaństwie świeccy, kapłanami są wszyscy. A księża mają w tym kapłaństwie szczególną rolę, przewodniczą w nim.

 

  1. Ksiądz nie odprawia mszy.

 

Ksiądz nie odprawia mszy, w której inni zaledwie „uczestniczą”. Podmiotem sprawującym Eucharystię jest cały zgromadzony Kościół. Wszyscy odprawiamy mszę. Owszem, porządek teologiczny i kościelny wymaga, byśmy czynili to tylko i wyłącznie pod przewodnictwem biskupa lub prezbitera. Jednak to nie znaczy, że ten jeden człowiek dokonuje czegoś, co my jedynie oglądamy lub w co się włączamy. Liturgia jest aktem Kościoła, a właściwie aktem Chrystusa, w który Kościół się włącza. Wszyscy zatem, jako Kościół, celebrujemy Eucharystię. Kiedy idziesz na mszę i ktoś cię pyta, gdzie się wybierasz, możesz powiedzieć, że idziesz odprawiać mszę. Ksiądz będzie miał w tym naszym odprawianiu szczególną rolę, będzie mianowicie przewodniczył. Ale gdy ktoś czemuś przewodniczy, to znaczy, że właśnie nie robi czegoś sam, ale że po prostu przewodniczy, czyli coś prowadzi i koordynuje. Takie postawienie sprawy – a nie jest to jakaś wywrotowa teoria, tylko katechizmowe abecadło – zmienia znów postrzeganie roli prezbitera w tym szczególnym kontekście. Nie jest on druidem czy szamanem, który swoją szczególną mocą czy charyzmą dokonuje cudownej przemiany przy ołtarzu. Nie wiem, o co chodzi, gdy ludzie mówią, że ksiądz dokonał jakiegoś przeistoczenia swoimi rękami. Tym bardziej skręca mnie już, gdyś ktoś opowiada, że na jego zaklęcie Bóg jest posłuszny i przychodzi na ziemię. Zaraz, to lud kapłański celebruje Eucharystię, a Duch Święty dokonuje przemiany darów. Owszem, dzieje się to w rękach przewodniczącego i na jego słowa, ale nie żadną jego tajemniczą mocą czy na jego życzenie. Przywrócenie świadomości kapłaństwa powszechnego i podmiotowości całego zgromadzenia w liturgii uzdrawia z chorego rozumienia posługi prezbitera na sposób magiczny.

 

Bez przyswojenia tych trzech rzeczy nasza dyskusja będzie wiszącym w powietrzu spieraniem się o pięciorzędne szczegóły.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do paska narzędzi