„Opium” Szustaka i święta władza

W ramach swojej nowej serii o nawiązującym do Marksa tytule „Opium” słynny dominikanin Adam Szustak chce prezentować kościelne błędy, nadużycia i nieporozumienia. Jednocześnie zaprasza do dyskusji i zapewnia, że zależy mu na tym, by tematy „niosły” się dalej. W pierwszej kolejności zachęcił jakichś ważnych i poważnych ludzi, by zabierali głos w sprawach przez niego poruszonych, jednak potem dodał także, że również zupełnie zwykli ludzie mogą komentować jego wypowiedzi i to też będzie super. Ponieważ łapię się do kategorii zwykłych ludzi, postanowiłem napisać parę słów na kanwie odcinka poświęconego władzy w Kościele. To jasne, że ojciec Szustak nie czyta „Kompletnie inaczej”, ale może czytają jakieś osoby, które oglądają jego filmy. Poza tym, niezależnie od tego, i tak chciałem kiedyś naszkicować coś na ten właśnie temat.

Szustak zwrócił uwagę na nadużycia kościelnej władzy, na nieewangeliczny sposób jej sprawowania, który objawia się w jakichś tendencjach totalistycznych, braku konsultacji i mechanizmów informacji zwrotnej czy pewnej kontroli, ale też na karmieniu się samym poczuciem władzy w miejsce przeżywania jej jako służby. Wszystko to prawda, jednak wydaje się, że to wszystko raczej skutki i owoce fundamentalnego problemu niż sam problem.

Tymczasem problemem samym w sobie jest całkowita sakralizacja władzy w Kościele. Sakralizacja ta sprawia, że władzę rozumie się w Kościele jako coś tak boskiego, że jej wyroki nie mogą być żadną miarą podważane czy nawet dyskutowane. To rodzi u osób sprawujących władzę tendencję do nadużywania jej, aż po największe patologie, natomiast u osób tej władzy poddanych chore posłuszeństwo podniesione do rangi wielkiej cnoty. Rodzi to też rozrost zakresu i rozmiaru władzy, której jest wszędzie maksymalnie dużo, podczas gdy powinno być jej jak najmniej. Receptą jest przyznanie, że choć mechanizmy władzy są we wspólnocie potrzebne, w praktyce w większości są mechanizmami czysto ludzkimi, które można i trzeba krytykować, zmieniać i ograniczać.

Żeby z grubsza rozpisać, co na ten temat myślę, potrzebowałbym jakichś dziesięciu stron wordowskich. Wtedy jednak nikt nie przeczytałby tego tekstu. Dlatego wypiszę trochę zwięzłych impresji w paru punktach. Być może komuś dadzą coś do myślenia, komuś się spodobają, kogoś wkurzą, a w kimś innym zasieją jakiś twórczy ferment.

  1. Ewangelia zawiera w sobie w pierwszej kolejności krytykę wszelkiej ludzkiej władzy i proklamuje władzę samego Boga (zwaną przez Jezusa królowaniem Boga).
  2. Ewangelia nie udaje jednak, że w warunkach doczesności można się obyć bez jakiejkolwiek władzy sprawowanej przez ludzi. Dotyczy to także władzy w Kościele. Receptą Chrystusa jest traktowanie i przeżywanie władzy jako służby.
  3. Ponieważ to Bóg ma panować w życiu ludzi, a oni to Jemu samemu mają być poddani, ludzka władza w chrześcijaństwie musi być zupełnie wtórna i ograniczona do niezbędnego minimum.
  4. Większość błędów, nadużyć i nieporozumień związanych z funkcjonowaniem władzy w Kościele pochodzi z jej sakralizacji. Ponieważ Kościół zasadza się na świętym fundamencie Chrystusa, ludziom wydaje się, że wszystko w Kościele jest absolutnie święte. To błąd, jedno z drugiego wcale nie wynika. Kościół ma swój doczesny, ludzki kształt. Struktury władzy w nim panujące są po prostu ludzkimi strukturami władzy. Nawet jeśli czyjaś władza zasadza się na przykład na sakramencie święceń, to i tak sama w sobie, w swej formie, jest po prostu ludzką władzą.
  5. Chrześcijaństwo uczy całkowitego poddania Bogu i posłuszeństwa wobec natchnień Ducha Świętego. To Duchowi trzeba być posłusznym, a nie ludzkim autorytetom. Dotyczy to także autorytetów władzy religijnej. Apostołowie w Dziejach Apostolskich mówią, że „trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” – i mówią to do prawowitych władz swojej żydowskiej religii (!).
  6. W realiach życia i dla dobra Kościoła oczywiście musi funkcjonować też posłuszeństwo wobec konkretnych ludzi. Kościół nie mógłby funkcjonować, gdyby parafianie nie okazywali posłuszeństwa proboszczowi np. co do tego, o której odbędzie się msza w niedzielę. Prezbiterzy muszą być posłuszni biskupowi co do tego, gdzie mają pracować, bo inaczej wszyscy zamieszkaliby w dużym mieście, a na wsi ludzie nie mieliby duszpasterza. Żadna wspólnota zakonna nie mogłaby funkcjonować bez jakiegoś posłuszeństwa.
  7. Posłuszeństwo wobec ludzi jest jednak czymś zwyczajnie ludzkim i praktycznym. Nie musimy wcale traktować go jako cnoty religijnej. Najbardziej kontrowersyjne jest nazywanie posłuszeństwa (rozumianego jako posłuszeństwo wobec przełożonych) radą ewangeliczną, podczas gdy Ewangelia radzi, by być posłusznym Bogu, a nie ludziom. Owszem, posłuszeństwo wobec przełożonych może być formą ćwiczenia duchowego i poskramiania własnego ego. Może być także narzędziem pomagającym rozjaśnić i odkryć, czego chce Duch od nas. Ale samo w sobie jest tylko ludzkim posłuszeństwem i nie powinniśmy go sakralizować.
  8. Sakralizację ludzkiego posłuszeństwa napotykamy u wielu wielkich świętych. Benedykt każe widzieć w opacie i jego decyzjach samego Chrystusa, a Ignacy opowiada, że trzeba nazywać czarne białym, jeśli tak mówi Kościół (a w domyśle papież). Warto przemyśleć, czy to wszystko naprawdę trzyma się kupy. Święci mogą się mylić, jak wszyscy ludzie. Możemy nadal podziwiać za inne rzeczy Benedykta, Ignacego i innych, a w tym aspekcie poddać ich optykę krytyce. Nie jest tak, że nie wolno nam się z nimi nie zgadzać.
  9. O ile od strony rządzonego patologią jest wyniesione na piedestał wielkiej cnoty posłuszeństwo, o tyle od strony rządzącego patologię widać w wymiarze decyzji. Skoro rządzący ma przekonanie, że jego władza jest w każdym calu święta i niebiańska, to trudno się dziwić, że nie ma on potrzeby konsultowania na przykład swoich decyzji z osobami, których dotyczą. Nieraz pojawia się mentalność, że nie ma co brać pod uwagę żadnych ludzkich względów, podejmując decyzję, ponieważ decyzje władzy kościelnej są święte i nie muszą brać pod uwagę ludzkich względów. Decyzje władz kościelnych na szczęście już coraz rzadziej nazywa się wprost wolą Bożą (!), ale wciąż istnieje mentalność typu: bez oglądania się na cokolwiek będę robił, co mi się podoba, a inni mają być posłuszni, bo moja władza jest święta. W efekcie biskup wysyła gościa, który ma cztery doktoraty, by katechizował w żłobku i prowadził koło gospodyń wiejskich. Ktoś inny obejmuje jakąś ważną funkcję w kurii czy w seminarium, choć wcale się do tego nie nadaje i nawet tego nie chce. Gdyby władzę kościelną widzieć jako ostatecznie po prostu ludzką, można być podejmować decyzje personalne i inne normalnie, tak jak robią to politycy czy dyrektorzy w korporacjach.
  10. Ludzka natura działa tak, że poczucie władzy może szybko zdeprawować człowieka. Nadużycia władzy są czymś oczywistym i powszechnym. Jednak gdy władzę rozumie się jako od początku do końca świętą, nienaruszalną i niepodważalną, patologia ta osiąga swoje apogeum. Okazuje się, że gdy ktoś robi rzeczy jawnie złe, a sprawuje kościelną władzę, większość osób nie ma nawet odwagi niczego z tym zrobić, wielu za wszelką cenę zaprzecza temu faktowi, a ze względów praktycznych w zasadzie niewiele da się z tym wszystkim zrobić. Pokazała to wszystko choćby sprawa biskupa Peatza. Patologie władzy będą pojawiać się zawsze. Ludzie zawsze będą robić złe rzeczy, wykorzystując swoją władzę. Ale gdy władza przeżywana jest jako święta, to zło może osiągnąć rozmiary niebosiężne i co gorsza, słusznie czuć się bezkarne.
  11. Skoro władza jest według nas czymś świętym, a posłuszeństwo kościelnym przełożonym jest jedną z największych cnót, to nie dziwota, że przez wieki dążyliśmy do tego, żeby władzy tej było jak najwięcej. Potężny rozwój kościelnych struktur i instytucji władzy sprawił, że Kościół w swoim wymiarze instytucjonalnym stał się jedną z najbardziej instytucjonalnych instytucji instytucjonalnego świata (hehe). Głosimy Ewangelię, która uczy ludzi życia na głębszym poziomie, przekraczania tego, co instytucjonalne. Naprawdę to robimy, a jednocześnie sami budujemy nader potężną instytucję. Kościół musi mieć z natury jakiś wymiar instytucjonalny, ale powinien on być traktowany jako zupełnie wtórny, jako niemal zło konieczne. I powinien podlegać stałej krytyce od wewnątrz – nie przeciw Kościołowi, ale właśnie w imię jego prawdy.
  12. Głosimy Ewangelię wolności od posłuszeństwa wobec ludzi. Głosimy orędzie o tym, że człowiek ma, nie oglądając się na ludzkie autorytety, podążać za głosem Ducha, rozbrzmiewającym w jego sercu. Jednocześnie robimy to, budując na każdym szczeblu gigantyczne, rozhulane instytucje władzy totalnej i bezdyskusyjnej. Z prymatu następców Piotra zrobiliśmy monarchię absolutną, która przetrwała upadek świeckich monarchii tego rodzaju. Jesteśmy więc paradoksalnie w tyle za światem, choć to my niesiemy mu Ewangelię. Pozwalamy na to, by diecezje stawały się niekiedy właściwie folwarkami biskupów, a parafie folwarkami proboszczów. Może lepiej i skuteczniej by się nam głosiło Ewangelię, gdybyśmy nie robili jednocześnie czegoś z nią sprzecznego, czyli nie wynosili na piedestał ludzkiej władzy i nie pozwalali na jej patologie. W Kościele musi z natury rzeczy istnieć jakieś posłuszeństwo wobec osób sprawujących władzę, bo inaczej groziłby nam chaos. Jednak to posłuszeństwo musi być ograniczane do absolutnego minimum i traktowane nie jako jedna z największych cnót, ale niemal jako zło konieczne. Wszelkie poszerzanie struktur posłuszeństwa ponad to, co konieczne, musi podlegać krytyce od wewnątrz – nie przeciwko Kościołowi, ale z troski o jego orędzie mówiące o posłuszeństwie człowieka tylko wobec samego Boga.
  13. Gdybyśmy przestali sakralizować władzę, być może mielibyśmy więcej odwagi w dialogu, dyskusji i ewentualnym piętnowaniu nadużyć i patologii. Gdy wreszcie przestaniesz uważać decyzje kościelnych decydentów za święte i pochodzące bezpośrednio z nieba, będziesz mógł krytycznie im się przyjrzeć. Jasne, generalnie w odpowiednim, koniecznym zakresie będziesz posłuszny dla dobra jedności Kościoła i z miłości do niego, ale nie będziesz cicho, tylko powiesz: Ta decyzja była bez sensu, może jednak ją zmieńcie, albo na drugi raz tak nie róbcie. Gdy przestaniesz mówić, że decyzja biskupa co do jakiegoś księdza jest czymś boskim, będziesz mógł powiedzieć sobie i innym wprost: Zdjął go z parafii i wysłał na Alaskę, bo po prostu go nie lubi. Albo: Zrobił go rektorem czy proboszczem w centrum miasta, bo to jego potakiwacz i klakier. Albo: awansują się wzajemnie i wspierają, bo są grupą koleżków, powiązanych jakimiś dziwnymi zależnościami, na przykład wynikającymi z ich skłonności. Jeśli będziemy wprost tak mówić, to będziemy wspierać ruch ku oczyszczaniu tych spraw. Jeśli natomiast czujemy wewnętrznie, że nie wolno tak mówić, to znaczy, że przeżywamy Kościół jako sektę lub państwo totalitarne, w którym jakakolwiek krytyka władzy jest niemożliwa. Niepotrzebnie, bo Kościół nie jest sektą ani państwem totalitarnym – to tylko my coś takiego z niego robimy przez nasze głupie pomysły w postaci sakralizowania wszystkiego, co tylko się da.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do paska narzędzi