Patrzeć na krzyż

Problemy, kryzysy, wstrząsy, chaos, cierpienie, trud, znój, zmęczenie, strata, tęsknota, upadek – wszystko to jest w życiu nieuniknione. Naszą strategią w obliczu tej całej ciemności jest od wieków ucieczka. Odwracamy wzrok od tego, co nas męczy, co nam grozi i co uprzykrza nam codzienność. Doradzamy sobie nawzajem, by myśleć o czymś innym, by spróbować ominąć te trudne sprawy, by o pewnych rzeczach nie rozmawiać i w ogóle o nich zapomnieć. Cierpienie, trud, porażka i strata są jednak nieuniknione. Nadchodzą coraz bliżej i robią się tym groźniejsze, im bardziej od nich uciekamy. Mówiąc językiem baśni, udawanie, że nie ma smoka, to pierwszy krok do tego, by zostać przez niego połkniętym.

Rzeczywista recepta na całą ciemną stronę życia to nie ucieczka, ale stanięcie twarzą w twarz z nieznanym i groźnym. Trzeba zdobyć się na męstwo, by spojrzeć na upiora. Być może wtedy okaże się on wcale nie tak groźny. Nadal strata będzie stratą, ale stanięcie przed nią z otwartą przyłbicą może sprawić, że nie okaże się ona totalną zagładą. Czy mamy odwagę uczyć siebie i innych, że cierpienie i trud, jeśli są nieuniknione, trzeba przyjąć, a nie przed nimi uciekać? Głęboka i prawdziwa psychologiczna intuicja, podpowiadająca, że trzeba spojrzeć ciemności prosto w oczy, znalazła wyraz w barwnej legendzie z Księgi Liczb. Oto lud kąsany jest przez jadowite węże, a mądry wódz Mojżesz postanawia spytać Boga o ratunek i lekarstwo. Czy Jahwe doradza, by nie skupiać się na wężach, tylko podziwiać piękny wschód słońca? Czy mówi, żeby zapomnieć o tym zagrożeniu, a zamiast tego iść na basen i kupić sobie dwie gałki ulubionych lodów? Niezupełnie. Bóg doradza, by zrobić wielki posąg węża, postawić go na podwyższeniu i gapić się na niego. Kąsają was węże? To patrzcie na węża. Patrzcie mężnie, przełamcie lęk. Przyjmijcie bez znieczulenia to, co was spotkało. Izraelici tak robią. A węże? Czy uciekają w popłochu? Nie, nadal kąsają. Ale okazuje się, że ich jad nie jest wcale zabójczy. Ci, którzy spojrzeli na węża, żyli dalej.

Szczytem życiowej ciemności, chaosu, cierpienia, destrukcji, dyskomfortu jest śmierć. Właściwie wszystkie węże, jakie nas napastują, to zapowiedź śmierci i początek umierania. To śmierci boimy się najbardziej, nawet jeśli nie chcemy tego artykułować. Jest nieunikniona, a jednak chcemy za wszelką cenę jej uniknąć. Jest oczywista, a jednak chcemy ją przemilczeć. Przez większość minionych wieków śmierć była przynajmniej dla wszystkich namacalna. Każdy, nawet dziecko, widział jakąś śmierć. W domach przeżywano wspólnie odejście babci i pradziadka. Umierali też na wiele chorób rówieśnicy młodych ludzi. Widziano stosy trupów w czasie działań wojennych. Dziś śmierć jest wielkim tabu i chcemy chronić przed jej widokiem siebie i innych. Niech nasi rodzice umierają, ale w jakichś specjalistycznych ośrodkach, otoczeni sprzętem i pomocą profesjonalistów. Nie chcemy tam być, gdy będą umierać, a już na pewno nie weźmiemy tam dzieci. Nie zabierzemy zresztą dzieci nawet na pogrzeb, bo to zbyt smutne. Sami chodzimy na pogrzeby, ale zmuszamy się do tego z przyzwoitości i dla okazania współczucia bliskim osobom zmarłego. Podkreślamy, że wcale nie lubimy pogrzebów i jest nam przykro, że musimy czasem na nie chodzić. Bardzo wiele osób nie widziało nigdy żadnej śmierci na własne oczy. Sam mam już trochę lat i nigdy nie byłem świadkiem zgonu. W minionych epokach było to nie do pomyślenia.

Tabuizacja śmierci i próby jej przemilczenia osiągają dziś chyba swoje apogeum. O ile jeszcze niedawno największym tabu kultury zachodniej była seksualność, a śmierć ciągle była codziennością, o tyle teraz dźwignia przesunęła się w drugą stronę. Seksualność jest we wszystkich mediach, w każdym filmie, w ulicznych wystąpieniach, w reklamach, w smartfonach i na rogach ulic. Nie tylko nie jest już żadnym tabu, ale stała się czymś wręcz banalnym. Mamy wręcz jej przesyt i gdyby nie to, że siedzi mocno w naszej biologii, to chyba już by się nam znudziła. Z kolei śmierć jest tematem, o którym grzeczni ludzie nie rozmawiają. Nie przystoi psuć imprezy mówieniem o śmierci. Gdy człowiek rzuca tekstem, że ktoś mu umarł, reszta myśli: Kurde, po co on to powiedział, już jest po melanżu. Nasza kultura jest dziś jak Piotr, który mówi: „Nie, przestań, nigdy nie umrzesz, nawet tak nie mów, nie rozmawiajmy o śmierci”.

Ewangelia Jana stosuje opowieść o miedzianym wężu jako ramę do naświetlenia sensu krzyża Chrystusa. Jak wywyższono węża na pustyni, tak trzeba, żeby wywyższono człowieka na szubienicy. Wszyscy mamy więc patrzeć na tego zmasakrowanego skazańca. Nie da się wyrazić, jak wielka mądrość kryje się w dzisiejszym święcie Podwyższenia Krzyża Świętego. Gdy uporczywie próbujemy uciec od śmierci i na nią nie patrzeć, Kościół mówi: Patrzcie na tego zabitego człowieka. Nie chcemy słyszeć o śmierci, a chrześcijaństwo ciągle stawia nam przed oczy krzyż. Myślimy, że śmierci nie ma, że trzeba o niej zapomnieć. A Ewangelia na to: Wszyscy mają patrzeć na wywyższony krzyż Chrystusa. Każe nam się patrzeć na zabitego i w tym odnaleźć ratunek. Zmusza nas, by wpatrywać się w śmierć. Patrzymy na krzyż, który mówi: Tak, jest śmierć.

Ale jednocześnie mówi: Śmierci już nie ma. Została pokonana. Zwycięstwo nad śmiercią nastąpiło nie poprzez ucieczkę od niej, poprzez przegadanie jej innymi tematami, poprzez zapomnienie o niej i udawanie, że można jej umknąć. Zwycięstwo nad śmiercią nastąpiło przez przyjęcie śmierci, przez wejście w nią. Tylko uznając, że śmierć jest i wchodząc w nią, można doświadczyć tego, że… śmierci już nie ma.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do paska narzędzi