Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach

Kościół głosi światu Ewangelię, pełni powierzoną mu misję i jest sakramentem zbawienia. Wszystko to nie znaczy jednak, że Kościół jest sam w każdym calu ewangeliczny, w tym sensie, że wszystko w nim funkcjonuje w stylu ewangelicznym. Znamy historyczne przykłady zaangażowania Kościoła w sprawy, w które nigdy nie powinien był się angażować. Potrafimy wyliczyć mechanizmy i instytucje, które w nim funkcjonowały, a które nie tylko nie miały nic wspólnego z Ewangelią, ale były z nią jaskrawo sprzeczne. Czasem to „świecki” świat, na który tak nader chętnie pomstujemy, stawał się i staje, w niektórych aspektach, bardziej bliski Ewangelii niż Kościół, który ma tę Ewangelię światu głosić. Jeśli chodzi o historyczne przykłady, to nie boimy się o nich mówić. Krucjaty, inkwizycja, uzurpowanie sobie władzy politycznej, uwikłanie w romans z państwem. Natomiast trudniej jest powiedzieć wprost, że także dzisiaj w Kościele funkcjonują mechanizmy antyewangeliczne. Dziwimy się, że nie dostrzegano takich w minionych wiekach, a sami zachowujemy się identycznie. Boimy się powiedzieć: To i to jest sprzeczne z Ewangelią, wycofajmy się z tego.

Pierwszy z brzegu przykład to sprawa przysięgi. Pan Jezus zabronił nam przysięgać, tymczasem w ramach procesów kanonicznych, co słusznie zbulwersowało Jakuba Pankowiaka znanego z filmu braci Sekielskich, obliguje się ludzi do składania przysięgi na Biblię. A zatem w Kościele, w ramach kościelnej instytucji, zmusza się ludzi do robienia czegoś dokładnie sprzecznego z nauczaniem Pana Jezusa (!). Zachęca się do składania przysięgi i to jeszcze na Biblię, w której jest napisane, że mamy wcale nie przysięgać. Ten przykład może nie dotyczy nas na co dzień, ale jest bardzo jaskrawy.

Innego przykładu, dotykającego nas wszystkich w codziennym doświadczeniu życia kościelnego, dostarcza dzisiejszy fragment Ewangelii według Świętego Mateusza. Jezus wyśmiewa w nim uczonych w Piśmie i faryzeuszów. Punktuje ich upodobanie w specjalnych strojach, tytułach i specjalnym szacunku, za pomocą którego pobożni Żydzi wyróżniają ich i hołubią. Dla opozycji Jezus wskazuje, że we wspólnocie Jego uczniów nie może być o czymś takim mowy. Nikt nie ma nawet pozwalać, żeby nazywano go Rabbi, mistrzem czy ojcem. Tylko Bóg jest ojcem, a naszym mistrzem ma być jedynie Chrystus. Wszyscy mamy uważać się za braci i nie mamy oczekiwać specjalnych tytułów i wyróżnień. Nie mamy dążyć do tego, by posiadać jakiś specjalny autorytet, który wyróżniałby nas z tłumu i nadawał jakiegoś specjalnego nimbu „religijnych postaci”.

Czy w ogóle trzeba coś dalej pisać? Poszliśmy w dokładnie, dokładnie odwrotnym kierunku i „udało” nam się przewyższyć nawet uczonych w Piśmie i faryzeuszów w tym, co piętnował nasz Pan. Pozwoliliśmy ubrać się prezbiterom w specjalne stroje (IV wiek). Przyjęliśmy całą gamę tytułów, tak że czasem nie wiemy, czy mówić w kolejności „księże doktorze biskupie kardynale kanoniku”, czy „księże biskupie kanoniku doktorze”. Ekscelencje, eminencje i inne pencje. No i oczywiście ojcowie, którzy akurat są wprost wymienieni przez Jezusa. Zwracamy się do zakonników – czyli osób starających się żyć radykalnie Ewangelią – słowem „ojciec”, łamiąc bezpośrednio ewangeliczny nakaz Chrystusa. Ciekawy paradoks.

Szukamy sobie duchowych mistrzów i sami chcemy takimi się stawać dla innych, mimo jasnego nakazu, by tylko Chrystus był naszym mistrzem. Zamiast naprawdę żyć jak bracia, tytułujemy się nawzajem od dostojnych prałatów. Ale, żeby nie było, dotyczy to także świeckich: „Witamy pana profesora, cieszymy się, że pan profesor przeczytał czytanie”. Albo akcje typu: pierwsza ławka w kościele jest zarezerwowana, bo tam będzie siedział pan premier. Nie, przepraszam, ale wszyscy jesteśmy braćmi. Jeśli tytułujemy się nawzajem i wyróżniamy, kłaniając się nisko przed tymi „wybranymi”, to nie żyjemy Ewangelią.

Ciekawe, że pod tym względem współczesny świat, ponoć tak zepsuty i gnijący, jest bliższy Ewangelii niż my jako Kościół. W wielu firmach ludzie są na „ty” z szefem, co wcale nie prowadzi do żadnego upadku lub rozluźnienia. Świat śmieje się z wielkiej, pompatycznej tytulatury. Nawet do największych polityków na najwyższych stanowiskach mówi się dość prosto: „panie prezydencie” i tym podobne. My natomiast wiedziemy wciąż prym w antyewangelicznej tytulaturze. Jego Świątobliwość, Wielebny Ksiądz Proboszcz…

„Jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy jesteście braćmi”. Zaniechanie chorej tytulatury, która budzi dziś słuszny śmiech, zaprzestanie specjalnych zwrotów wobec osób wyświęconych, a zresztą w ogóle bycie na „ty” w Kościele – to wszystko byłby potężny krok ku wiarygodności, ku autentyczności naszego głoszenia. Bierzmy sobie do serca dzisiejszą perykopę – a ciężar spoczywa zarówno na tytułowanych („wy nie pozwalajcie nazywać się”), jak i tytułujących („nikogo na ziemi nie nazywajcie”). Pamiętajmy też, że w Nowym Testamencie słowo „Pan” kieruje się tylko do Jezusa, a nie do wszystkich wkoło. I to nie zawsze mówi się „Pan Jezus”, najczęściej mówi się po prostu „Jezus”. A mowa o Synu Bożym. O Piotrze nie mówi się „Jego Świątobliwość Ojciec Święty Piotr I”, tylko „Piotr”. O Pawle nie mówi się: „Ksiądz Paweł, Najdostojniejszy Apostoł Narodów”, tylko „Paweł”. To czemu my nie możemy mówić do siebie „Zdzichu”, „Krystian”, bez tych wszystkich „księży”, „ojców”, „pan” i „pań”? Nawróćmy się.

One Reply to “Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach”

  1. Łatuński pisze:

    Czym jesteśmy zaślepieni, że nie widzimy tak oczywistych nauczań Jezusa? Co odwraca naszą uwagę?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do paska narzędzi