Wniebowstąpienie – po co to komu?

Nasza pobożność i nasz rok liturgiczny traktują dane biblijne dość swobodnie, kierując się swoimi prawidłami i kierunkami. Na przykład w Ewangeliach mamy zwiastowanie Maryi (Łukasz) i alternatywne zwiastowanie Józefowi przez sen (Mateusz). Do naszej liturgii, pobożności i sztuki weszło to pierwsze, bo, wiadomo, Maryja stała się bardzo ważną postacią, istotniejszą dla chrześcijańskiej wiary niż Józef. Jako „pierwszy cud” Jezusa przeszedł do pobożności cud w Kanie, choć jest on tylko u Jana, w innych Ewangeliach są inne „pierwsze cuda”. Innym razem miksujemy wersje różnych Ewangelii, na przykład przygotowując żłobek lub jasełka umieszczamy w nich zarówno Mateuszowych mędrców, jak i Łukaszowych pasterzy. Niektórzy są nawet przekonani, nie wiadomo skąd, że najpierw przyszli pasterze, a potem mędrcy. Albo odwrotnie. Jeszcze innym razem nasze pobożne praktyki mieszają opowieści biblijne z apokryfami czy pobożnymi legendami. Na przykład nabożeństwo drogi krzyżowej niektóre stacje opiera na przekazie Ewangelii (np. Szymon z Cyreny), inne zaś nie (Weronika). Czasem nawet nie zauważamy, że gdzieś został zmodyfikowany pierwotny sens danego wydarzenia – jedna ze stacji nazywa się „Jezus pociesza płaczące niewiasty”, choć w Ewangelii Jezus te niewiasty praktycznie raczej beszta, obnażając obłudę ich płytkiego afektu.

Podobnie jest z Wniebowstąpieniem. Uważamy je za coś oczywistego i dziejącego się czterdzieści dni po Zmartwychwstaniu. Cała ta chronologia, wedle której następuje to wydarzenie, a dziesięć dni po nim Zesłanie Ducha, opiera się tylko i wyłącznie na dziele Łukasza. Inne Ewangelie tego nie mają i jakoś sobie radzą. Nie należy więc chyba do istoty sprawy, że dokładnie czterdzieści dni po powstaniu z martwych Jezus wstąpił do nieba. Cokolwiek by to miało znaczyć. Co więcej, ta opowieść jest trochę problematyczna i rodzi szereg pytań. Skoro Jezus dopiero teraz wstępuje do Ojca, to gdzie był wcześniej? Chodził sobie po ziemi? Czemu już zmartwychwstanie nie miałoby być pójściem do Ojca? Gdzie Jezus przez te czterdzieści dni był? Gdzie się pojawiał, kiedy znikał i skąd przychodził, gdy się pojawiał? Czy nie lepiej byłoby uznać Wniebowstąpienie za jakiś wymiar Zmartwychwstania, jak zdają się sugerować inne teksty Nowego Testamentu? Po co Łukasz robi coś tak dziwnego?

„Ale Wniebowstąpienie, właśnie jako odrębne wydarzenie, jest aż w trzech miejscach: u Łukasza, w Dziejach oraz u Marka”. Nie, poczekaj. Łukasz i Dzieje to dwa tomy jednej książki. Wniebowstąpienie stanowi pewien suspens – kończy pierwszy tom i zaczyna drugi. Jest to tak naprawdę jeden opis i jedno źródło. A Marek kończył się pierwotnie na 16, 8. Najstarsza spisana Ewangelia nie znała nie tylko Wniebowstąpienia, ale nawet ukazywania się Chrystusa po śmierci jako żywego. Po prostu grób jest pusty, Jezus żyje i jest u Ojca. Proste? Bardzo proste. Potem w zestawieniu z tradycjami o ukazywaniu się Pana dopisano do Marka swoiste summary końcówek innych Ewangelii. Żeby nie było, że Marek jest jakiś dziwny. No i znalazła się tam wzmianka o Wniebowstąpieniu, przepisana z Łukasza. Czyli tak naprawdę jest tylko jedno źródło mówiące o Wniebowstąpieniu jako odrębnym i dającym się wskazać w czasie wydarzeniu. I źródłem tym jest Łukasz. O co mu chodzi?

Po pierwsze, Łukasz chce podkreślić, że Kościół rodzi się z Zesłania Ducha Świętego. Łukasz nie chce, żeby to było coś rozmytego, ogólnego, dokonującego się tu i ówdzie. Nie, on chce, żeby to był wyraźny moment. Jego Zesłanie musi się dokonać w konkretny sposób, w konkretnym miejscu i czasie. Jak Zmartwychwstanie Chrystusa dokonało się w kontekście żydowskiego święta Paschy, tak Zesłanie Łukasz chce ustawić w kontekście żydowskiej Pięćdziesiątnicy. Tego dnia Żydzi wspominali, jak po wyjściu z Egiptu otrzymali na górze Synaj dekalog za pośrednictwem Mojżesza. Łukasz mówi: „Ok, naszą Paschą było zmartwychwstanie Pana. Chrystus przeszedł ze śmierci do życia, jak Mojżesz i Izrael wyszedł z mroku Egiptu. I teraz Chrystus daje nam nowe prawo, jest nowa Pięćdziesiątnica. Ale to nie będzie zbiór zasad, to będzie prawo całkowicie zinternalizowane. Sam Bóg zamieszka w naszych sercach. Otrzymamy Ducha Chrystusa. Oto nasza Pięćdziesiątnica”. W ten sposób dzieło Łukasza zyskuje też swój harmonijny charakter. Pierwszy tom zaczął się od przyjęcia Ducha przez Maryję w tajemnicy Zwiastowania, a drugi tom zaczyna się od przyjęcia Ducha już przez cały Kościół – Łukasz nie omieszka podkreślić, że jest tam obecna też Maryja. Przy okazji mamy kolejne żydowskie święto, które zostaje przykryte – lub, jak kto woli, przejęte – przez chrześcijaństwo. I tak oto możemy my także świętować w dniu Pięćdziesiątnicy. Już nie tyle otrzymanie dekalogu, co otrzymanie Ducha Świętego. Jesteśmy gotowi do pewnej samodzielności religijnej, mamy swoje święta i tak dalej. Nie dziwi więc, że Łukaszowa wersja wydarzeń wchodzi w naszą liturgię. Mamy okres wielkanocny kończący się Pięćdziesiątnicą i jest pięknie. Oczywiście w ów dzień, a więc za tydzień, będziemy czytać fragment Ewangelii Jana, gdzie Jezus udziela Ducha… od razu w dniu Zmartwychwstania. Ale kto by się tam przejmował takimi detalami. Łukaszowa chronologia jest bardzo płodna liturgicznie i pomaga skupić się na kolejnych aspektach misterium paschalnego.

Po co natomiast Wniebowstąpienie po czterdziestu dniach od Paschy i na dziesięć dni przed Zesłaniem? Od Pięćdziesiątnicy Kościół i pojedynczy uczeń mają żyć w tajemnicy Ducha. Mają kierować się wewnętrznym głosem, obecnością Boga w ich sercu. Nauczyciel zewnętrzny musi ustąpić wewnętrznemu. Gdyby ciągle ojciec trzymał cię za ten przymocowany do roweru kij, żebyś się nie wyrżnął, to nigdy byś się nie nauczył jeździć na rowerze. Ojciec musiał się wycofać, żebyś ty zaczął polegać na wewnętrznej sile, którą ci przekazał. I oto – a niech to – sam jedziesz na dwóch kołach. Nigdy by się to nie stało, gdyby ojciec się nie cofnął i nie puścił tego kija. Gdyby tego nie zrobił, to nawet mając czterdzieści lat dzwoniłbyś po tatę: „Weź mi pomóż, chcę jechać gdzieś rowerem. Mógłbyś biec za mną i trzymać ten kij?”. Innymi słowy, jeśli Łukasz chce pokazać, że skoro zaczyna się życie chrześcijan w Duchu Świętym, ich życie życiem samego Jezusa, to Jezus jako zewnętrzna postać musi odejść. Ale Jezus nawet gdy umarł, to potem i tak się ukazywał i mówił różne rzeczy… Dlatego Łukasz chce to uporządkować. Ok, był taki okres przejściowy. Ale przed Zesłaniem Jezus zniknął już raz na zawsze. Wstąpił do nieba. Teraz mówi do nas w naszym wnętrzu przez Ducha Świętego. Już nie będzie tak obecny, jak był kiedyś. Handlujcie z tym. Dodatkową funkcją wprowadzenia Wniebowstąpienia jako umiejscowionego w czasie konkretnego wydarzenia może być postawienie do pionu wczesnochrześcijańskich entuzjastów i wizjonerów. Wiadomo, jak to jest w grupach religijnych: ktoś ma jakieś wizje, ktoś widzi Jezusa i tak dalej. No i w porządku, ale takie wizje, jakie mieli na przykład jacyś święci kilkanaście wieków później, to nie to samo, co ukazywania się Chrystusa po Zmartwychwstaniu. Łukasz podaje wyraźną cezurę – do Wniebowstąpienia trwała jakaś niemal fizyczna, cokolwiek to znaczy, obecność Chrystusa na ziemi. Potem natomiast mamy do czynienia tylko z wizjami, do których trzeba mieć zdrowy dystans. Naszą drogą – mówi Łukasz do swoich współbraci – jest otwieranie się na Ducha i kroczenie śladami Jezusa, a nie dążenie do tego, żeby Go „zobaczyć”.

I tu dochodzimy do przesłania, jakie ma Łukaszowy tekst dla nas dzisiaj. W Dziejach Apostolskich czytamy o jednym dobrym kierunku i o dwóch złych. Wniebowstąpienie stawia przed dwiema pokusami i przed jedną dobrą możliwością. Pierwsza pokusa to pokusa polityczna. Jezus ma za chwilę zostać porwany w niebiosa, a uczniowie pytają, czy przywróci królestwo Izraela. Nawet w tak mistycznym i uduchowionym momencie oni myślą o polityce. Kiedy przywrócisz niepodległość naszemu krajowi i wypędzisz Rzymian? Albo, jak byśmy powiedzieli my dzisiaj: Kiedy odnowisz chrześcijańską Europę i uczynisz Polskę katolicką, cokolwiek by to miało znaczyć? Jezus odżegnuje się od tego tropu: Nie wasza to rzecz. To nie takie rzeczy powinny nas zaprzątać. Mamy żyć w Duchu Świętym, świadczyć, głosić i robić swoje. Nie wolno nam uciekać przed tą drogą w kierunku pokus politycznych, budowania królestwa Bożego na ziemi. Druga pokusa to z kolei turbo-mistycyzm. „Dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?” – pytają aniołowie. Przed chrześcijanami stoi pokusa nawiedzonego wpatrywania się w niebo. Szukanie dziwnych tajemnic, śledzenie najnowszych orędzi i gonienie za cudownościami i wiedzą tajemną. Na ziemi jest dla nas robota do zrobienia, nie stójmy i nie wpatrujmy się w niebo. Dobrym kierunkiem jest natomiast oczekiwanie na dar Ducha, otwieranie się na Niego i świadczenie o Jezusie swoim życiem.

Pokusy upolitycznienia i sztucznego uduchowienia to dwie strategie zła, wymierzone w to, by odciągnąć nas od życia w Duchu Świętym. Nasza rzecz to po prostu przyjąć Ducha Świętego i świadczyć o Jezusie. Nie łudzić się, że świat albo kraj stanie się chrześcijański, ale też nie uciekać w jakiś „drugi”, wyśniony świat, nie biegać po chmurach. Stąpać twardo po ziemi, nosząc w sobie niebo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi